Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje. Pokaż wszystkie posty

17 marca 2015

Skąd wiedziałam, że to TEN?


   W związku z wiadomościami jakie od Was otrzymałam w ostatnich dwóch tygodniach zrodziła się potrzeba napisania postu o miłości małżeńskiej i wątpliwościach przed ślubem. Skąd wiadomo, że to TA, że to właśnie TEN-jedyny? Jak zdobyć pewność?Czy w ogóle można być pewnym?



   Jeśli myślicie, że napiszę o tych wątpliwościach z autopsji, to się mylicie, bo jestem jakimś ewenementem, który nie miał wątpliwości i co ciekawe mój mąż też twierdzi, że ich nie miał ;) Także jedyne czego nie byliśmy pewni, to jak ogarniemy życie finansowo, ale ponieważ oboje nie jesteśmy szaleńczo przywiązani do rzeczy materialnych, to doszliśmy do wspólnego wniosku, że nie zginiemy. A skąd wiedziałam, że to Ten? Otóż nie wiedziałam, ale podjęłam świadomą decyzję, że przyjmuję odpowiedzialność za tą konkretną osobę, która została mi dana
W naszym życiu pojawia się kilka takich osób, nie jesteśmy skazani, skazane na jedną, ale po podjęciu decyzji i przyjęciu tej osoby jako współmałżonka nie możemy już go/jej zmieniać i zastanawiać się „co by było gdyby…”. To niszczy nie tylko naszą relację, ale i nas samych. Przyjmujemy dar drugiego człowieka, jednocześnie ofiarowując siebie, naszą przyszłość. Marta przepięknie opisała ścisłe, nierozerwalne w miłości małżeńskiej przeplatanie się owej odpowiedzialności, poczucia bezpieczeństwa i zaufania, choć tu chciałby się dopowiedzieć: ZAWIERZENIA Jemu. W zasadzie, to po zaręczynach już trzeba się uczyć wybierać dobro JEGO/JEJ a nie rodziców, kolegów, przyjaciółek. To początek drogi planowania wspólnej przyszłości, nie z ukochaną mamusią (zwłaszcza megatoksyczną jak moja), tatusiem, nawet bliska przyjaciółka, czy kumpel nie powinien  być wtajemniczany w Wasze decyzje, ponieważ powinny być TYLKO Wasze!!! A dlaczego? Bo „opuści człowiek ojca i matkę…” i TYLKO wtedy w całkowitym zawierzeniu współmałżonkowi może realizować powołanie do szczęścia w małżeństwie.
   A wracając do tematu, to nie napiszę jak powinien wyglądać idealny związek, żeby można było być pewnym, że to ten do końca życia, nie dam gotowej recepty, ale zwrócę uwagę, na istotne szczegóły budujące nasz związek i to czego dobrze by było się wystrzegać.
  1. Czy znamy siebie nawzajem? - tzn. czy rozmawiamy ze sobą, otwierając serce przed tą drugą osobą i czy jest to odwzajemnione. Niby proste, ale jak często okazuje się, że osoby, które znamy wiele lat, dokonują rzeczy, których byśmy się nie spodziewali. To nigdy nie jest nagłe odsunięcie, ale proces, w którym pozwalamy by dusza kogoś bliskiego oddaliła się, odwróciła, a nawet zamknęła na nas. Tak jak na początku znajomości jesteśmy siebie ciekawi, wchłaniamy informacje, poznajemy poprzez każde słowo, gest, tak trzeba przez całe życie wciąż poznawać i umożliwić bycie poznanym.
  2. Czy spędzamy ze sobą czas dzieląc pasje? - jak spędzacie wspólny czas i ile go jest? Czy to tylko kilka godzin na kino, kolację, albo wyjście ze znajomymi np.: na kręgle? Czy poza rozmowami i wspólną bliskością robicie jeszcze coś razem? I nie chodzi mi o granie czy oglądanie filmów na komputerze! Ale o chodzenie po górach, wspólne czytanie, żeglowanie, zwiedzanie świata, wolontariat i wiele innych zainteresowań, które was razem pochałaniają. Coś co buduje was jako parę, jako narzeczonych i w przyszłości pozwoli wam zwalczyć rutynę w związku, albo odkryć współmałżonka na nowo.
  3. Czy szanujemy i jesteśmy szanowani? - zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych ten punkt jest tak oczywisty, że nie warto o nim wspominać, jednak z racji zawodu doradcy i z ostatnich wiadomości jakie otrzymuję po wpisach na blogu ciągle słyszę o doświadczaniu braku szacunku w małżeństwie. Wiele osób myli przedślubne okazywanie zainteresowania z okazywaniem szacunku, a później w codziennym życiu doświadcza wielu przykrych i bolesnych momentów, które ranią i poniżają ich nie tylko jako żonę/męża, ale w ogóle jako człowieka. Takie chwile odzierają z godności i zaniżają poczucie własnej wartości. Trudne i nierzadko nieakceptowalne zachowanie mamy tendencję tłumaczyć ciężkim dniem w pracy, stresem związanym z dojazdami, problemami finansowymi, złym towarzystwem. Prawdziwy szacunek wiąże się jednak ze wspomnianą odpowiedzialnością za drugiego i z poczuciem bezpieczeństwa. Nie możemy zakładać, że POTEM się wszystko zmieni, POTEM się ułoży, POTEM ja jego/ją wychowam, POTEM ona/on się zmieni. Jeśli przed ślubem tego nie ma, to POTEM na pewno nic się nie zmieni, chyba że na gorsze…
  4. Czy znamy swoje słabości i trudne życiowe momenty? - ten punkt wiąże się z pierwszym, ale chodzi mi o podkreślenie konieczności powierzenia swojej przeszłości małżonkowi. Musimy opowiedzieć o ważnych, choć trudnych sprawach z naszego życia „sprzed”, bo tylko na prawdzie i szczerości możemy zbudować coś pięknego. Dlaczego to takie ważne skoro mamy prawo do prywatności nawet w małżeństwie? Ponieważ ta druga osoba powinna wiedzieć, że było np. coś bolesnego i trzeba uważać, że to nie jego/jej wina ale to nasze wcześniejsze przykre doświadczenia nas zraniły i wpływają na teraźniejszość.
  5. Czy wspieramy siebie nawzajem jako odrębne osoby? - a dokładniej, czy każde z osobna ma możliwość rozwijania siebie, swoich indywidualnych pasji, swojej sfery duchowej albo fizycznej bez szkody dla związku? Czy doświadczamy negacji, niezrozumienia czy nawet ataku? Jeśli chłopak lub dziewczyna lekceważą szkołę czy pracę jaką wykonuje ta druga osoba, jeśli wyrażają się niepochlebnie o jej/jego osiągnięciach, to po ślubie nie dosyć, że to nie zniknie, nie zmniejszy się, ale wręcz przeciwnie może eskalować. W takim wypadku należałoby się zastanowić, czy ten ktoś nie wzmacnia swojego poczucia wartości poprzez poniżanie innych. To niezwykle krzywdzące postępowanie.
  6. Czy wasze wartości i spojrzenie na życie są wspólne? - a może wręcz przeciwnie? Tylko macie nadzieję, że jakoś sprzeczne poglądy da się pogodzić. Otóż informuję grzecznie, że przy braku porozumienia w tych kwestiach niewielu parom (do 15%) udaje się zgodnie i we wzajemnej miłości przeżyć dłużej niż 2-3 lata, a potem zaczynają się schody. Sama osobiście znam tylko jedną taką parę, a od pozostałych wciąż dowiaduję się o rozstaniach i trudnościach.


   To tylko kilka z ważnych kwestii, jakie w znacznym stopniu determinują to czy małżeństwo będzie piękne, szczęśliwe, udane. Wciąż nasuwają mi się kolejne więc być może wkrótce ukaże się kolejny post z tym zagadnieniem ;)
   Wprawdzie mój staż małżeński jest dość krótki (choć wiem, że bywają krótsze!), to pozwolę sobie zaznaczyć jako pewnik, że małżeństwo powinno wydobywać z nas ukryte talenty, możliwości, odkrywać nasze nowe-prawdziwe oblicze. Naprawdę warto doświadczyć tego bezpieczeństwa, odpowiedzialności i zaufania podczas codzienności, podczas sporów, rodzinnych spotkań, trudów realizowania planów, goszczenia u siebie bliskich znajomych. Tak, podczas takiej przeplatanki często nas wyczerpującej doświadczamy niezwykłego umocnienia i wsparcia. A nasza małżeńska miłość to przede wszystkim codzienna decyzja, że troszczę się o dobro tej drugiej osoby, a nie uleganie wzlotom (lub spadkom) uczuć i huśtawce emocjonalnej. To spokój i wsparcie w nas, w kontrastującej ekscytacji i niepewności na zewnątrz.

13 marca 2015

Małżeńskie zamyślenie: cz.7 O potrzebie bycia kochaną.

  Jest gdzieś w nas, nieraz bardzo głęboko taka potrzeba zauważenia i akceptacji, potrzeba bycia lubianą i potrzebną, przeogromna potrzeba bycia kochaną. Chcemy wiedzieć, że ktoś robi coś wyłącznie dla nas, z myślą o nas. Dopiero przez taką postawę, takie podejście czujemy się naprawdę kochane. Niezwykle ważne jest obdarowywanie nas drobiazgami typu kwiaty, czekoladki, kartki ze słowami „To dla Ciebie”, „Kupiłem/zrobiłem to dla Ciebie”. To umacnia nas, takie niedoskonałe, nieidealne w przekonaniu (jakże często zbyt wątłym!), że mimo wszystko jesteśmy ważne i kochane. To takie proste! Dlaczego? Bo bazuje na naszych podstawowych potrzebach. Ja osobiście wyłamuję się nieco z piramidy potrzeb Maslowa i stwierdzam, że długo mogę niedojadać, niedopijać i niedosypiać, ale MUSZĘ wiedzieć i czuć, że jestem kochana i potrzebna. Dopiero na tym buduję moje poczucie bezpieczeństwa i mogę myśleć o dobrym obiedzie, o własnej wartości, o nauce czy o tym czy ten obiad dobrze wygląda.


  
 Ostatnio dostałam od męża batoniki na … przerwę podczas wykładów z teorii prawa jazdy ;) po jednym na każdy dzień. To nic, że te wykłady trwają 2-3 godzin, a przerwa do 5 min, to nic, że jadę tam najedzona ciepłym obiadem, ale przecież wykłady z pewnością są takim wydatkiem intelektualno - energetycznym, że z pewnością grozi mi niebywała utrata sił i jak ja biedna wrócę do domu w takim stanie :P No więc dostałam batony i bardzo się ucieszyłam, ale nie ze słodyczy i bakalii jakie zawierały, tylko z tego, że On kupował coś specjalnie dla mnie. Bo kocha, bo myśli i pamięta.

  

  Czy da się tu zauważyć jakąś logikę? Tak, ale typowo kobiecą :) Rozum swoje, emocje swoje, a uczucia wewnątrz to zupełnie inna historia. Tu nie chodzi o nasze zwykłe codzienne poświęcenia dla wspólnego dobra, codzienne drobne rezygnacje z siebie (albo z czegoś dla siebie), ale o drobnostki, które pokażą tej drugiej ukochanej połówce o naszym przywiązaniu, o tym, że wiemy, że dla niej coś jest ważne i właśnie dlatego to coś jej ofiarujemy. Piszę w formie dla kobiet celowo, bo mężczyźni z reguły nieco inaczej odczuwają takie potrzeby, w innym stopniu. To my jesteśmy (nad)wrażliwe i jeśli nie zaspokoimy potrzeby bycia, kochaną, to wszystkie nasze osiągnięcia, całe nasze życie wydaje nam się mniej kolorowe i suche. Constanza Miriano w książce „ Poślub ją i bądź gotów dla nie umrzeć” pięknie porównuje rolę mężczyzny. Mianowicie pełni on rolę wycieraczek, które ułatwiają nam oglądanie świata przez przednią szybę. Czasem niby świeci słońce, ale szyba jest tak brudna, że nic nie widać, wtedy On włącza spryskiwacz i oczyszcza nam spojrzenie – batonami! Jednocześnie podczas ulewy jest po prostu niezbędny, bez jego pomocy nie pojedziemy w świat, nic nie zrobimy, nie załatwimy, bo nic byśmy nie widziały.
Spotkanie mojego przyszłego męża sprawiło, że niepostrzeżenie życie wywróciło mi
się do góry nogami, a właściwie, to tylko (albo aż) wszystko poprzemieszczało się w inne miejsca, czasem nabrało innej wartości, a czasem zostało zdegradowane i całkiem zniknęło. Po ślubie Jego obecność pozwoliła mi na nowo ułożyć siebie i nasz świat, co z kolei umożliwia wykluwanie się niecodziennym pomysłom, i realizowaniu ich, co wcześniej absolutnie było nierealne. Bez takich wycieraczek moje życie byłoby nierealne, choć wykonalne.

08 marca 2015

Raniąca potęga słów czyli o tym czy jestem leniwa.

   Niedawno na ulicy zobaczyłam matkę, która do swojej kilkuletniej córki mówiła „Jesteś okropna, przez Ciebie zawsze się spóźniam”. Nie mam zielonego pojęcia o co chodziło, ale dziewczynka była słodka, uśmiechnięta i ze wszystkich sił starała się nadążyć swoimi krótkimi nóżkami za matką, która prawie biegła wciąż wydłużając krok. Ten widok przypomniał mi jak silnie działają na nas słowa, jak nieraz miażdżący efekt wywierają w psychice każdego, każdej z nas (a co dopiero dziecka!). Są słowa raniące, gdy wypowiada się je raz i są inne, niby o mniejszym natężeniu negatywnym, ale wypowiadane wielokrotnie przez osobę nam bliską, dotkliwie upośledzają nasze poczucie własnej wartości. 


 
   Jak to wyglądało u Was? Czy rodzice wspierali Was i budowali, czy wręcz przeciwnie? Pytam, bo u mnie było różnie. Jak już Wiecie z postu o śpiącej królewnie, mama nie budowała mnie jako kobiety, ale ciągle wmawiała mi, że mam talent malarski (który ku jej rozpaczy marnuję), że jestem niezwykle zdolna (tylko leniwa!) i HIT! że mam dobre serce i dlatego dobieram sobie… kiepskich znajomych. Czyli były komunikaty pozytywne, było wsparcie, były oczekiwania, które miały (!) pomóc w osiąganiu w życiu więcej. Tak, to wszystko było, ale jednocześnie wciąż słyszałam, że coś marnuję, czegoś nie wykorzystuję, że mam kiepski gust i że jestem leniwa. To ostatnie to było moje przekleństwo. To jest to słowo, to określenie, które mnie tłamsiło. Sprawiało, że nic nie chciałam robić, bo jestem… leniwa. No, w końcu trzeba było zasłużyć na to określenie :P  
  A to „nicnierobienie” przejawiało się jako czytanie ogromnych ilości książek, uczestniczenie w przeróżnych warsztatach, wolontariatach, wyjazdach w góry, na kajaki, na żagle itp. Czyli „naprawdę” leżałam na tapczanie do góry brzuchem i liczyłam plamy na suficie :P 


Leniwe wyszły!!!  ;)

 
   Ale wracając do słów, które są potężną bronią i jeśli celnie je ktoś zada, może zablokować nasz rozwój, nasze życie na wiele lat. Co ta mała dziewczynka dowiadywała się w tym dniu, a może i w każdym innym też? Że JEST OKROPNA i że TO JEJ WINA, ŻE MAMIE COŚ NIE WYCHODZI. A przecież to mama jako dorosła odpowiada za organizację czasu i swojego, i dziecka!
  Zapraszam Cię teraz do zastanowienia się nad tym jakie słowa Ciebie zraniły i zamknęły? Kto je wypowiedział i dlaczego ta opinia była przez Ciebie postrzegana jako ważna? A może jeszcze nie usłyszałeś, że jesteś dobry, piękny, wartościowy, że masz wiele możliwości i od Ciebie tylko zależy co będziesz w życiu robić? Skąd o tym wiem? Bo On jest dobry i dał nam wolną wolę. Bo to On uważa, że jesteśmy piękni i doskonali i … kim my jesteśmy żeby podważać Jego zdanie? ;)
   Jeśli nadal masz wątpliwości, to proponuję pewne ćwiczenie (tylko trzeba je wykonywać codziennie przez 2 minuty, przez około 3 tygodnie): stań przed lustrem, takim dużym, a jeśli nie masz, to przed witryną, szybą albo innym swoim odbiciem i powtarzaj, patrząc sobie prosto w oczy komplementy np.: pięknie wyglądasz, jesteś dobra/y, potrafisz się dobrze umalować, świetna fryzura, doskonale radzisz obie w pracy itd. Co to da? Przede wszystkim rozpocznie proces odczarowania złych słów, ich negatywny wpływ na Ciebie się zmniejszy i zaczniesz dostrzegać swoje nowe(choć istniejące w Tobie od dawna!) zalety i szanse jakie przed Tobą się pojawiają. Śmieszne? Bardzo:) ale działa!




Zatem do dzieła! Dziś dzień kobiet, a może i Twój nowy początek?


04 marca 2015

Toksyczne relacje cz.2

  Toksyczni rodzice… tak, o tym pisałam ostatnio, ale nie zaznaczyłam, że mega zazdroszczę tym, których rodzice pomagają, wspierają ich, kształtują i ukierunkowują, jednocześnie nie wymuszając w zamian „drobnych” rzeczy, nie zmuszają do stosowania ich dobrych rad itp. Zazdroszczę, ale na szczęście dostrzegam, że dostałam od Niego oprócz toks-mamy również cud-teściową ;) Kto z Was może podpisać się pod tą drugą częścią? Niewielu prawda? I ja to dostrzegam i z tego czerpię siłę (tzn. z tego, że dostrzegam pozytywne strony życia:P)



   Dziś skupię się na grupie ludzi narzekających. W poprzednim poście tylko o nich wspomniałam, teraz temat nieco rozwinę. Dlaczego ich nie lubię? Bo jak się spotykam z kimś takim, to po kilku minutach rozmowy jestem zmęczona, a ta rozmowa przeradza się we wzajemne prześciganie w temacie kto ma gorzej. Żeby się ustrzec takiej negatywnej spirali nauczyłam się pytać: Co słychać… dobrego? (!!!) I wtedy zapada cisza. Wiecznie narzekający rozmówca musi się wysilić i znaleźć w ogromie swojego nieszczęścia czy to prawdziwego czy (w 99%) wyimaginowanego jakiś pozytyw. Niby nic takiego, ale przyznajcie sami, jak ktoś podczas rozmowy z Wami zaczyna opowiadać, jak mu to źle, jak w pracy ciężko, a płacą mało, jak to mąż czy chłopak nie potrafi postawić się mamusi, jak żona ciągle ze swoją mamą przez telefon się konsultuje w sprawie… jak sąsiad żyć nie daje, jak wszystko podrożało i w dodatku niespodziewanie tej zimy spadł śnieg, to każdemu się udzieli i też zacznie narzekać, a jak powodów braknie, to Polak potrafi i coś nazmyśla, żeby nie być gorszym…
 

Narzekający w końcu pójdzie dalej siać niepokój, a my zostajemy sami, zdołowani, choć kilka minut temu czuliśmy się szczęśliwi w ten słoneczny śnieżny dzień z perspektywą miłego popołudnia i pysznej kawy. W takim wypadku należy wdrożyć jeden z naszych mechanizmów autoterapii, ale o tym będzie oddzielny post ;)
    
  Tak, unikam czarnowidzących narzekających marud, bo po kilku naiwnych próbach poprawy ich nastroju zrozumiałam, że taka postawa stanowi sens ich życia. Oni taplają się w swoim nieszczęściu, ono ich dowartościowuje i biada temu, kto wyciągnie do nich pomocna dłoń, bo to może oznaczać zmianę, na którą nie są gotowi i której w gruncie rzeczy nie chcą.
   My za to możemy ich unikać, jeśli nie chowając się za pobliskimi drzewami, żeby wyeliminować kontakt na ulicy, to np. nie odbierając telefonów. Jeśli natomiast jesteśmy skazani na taką obecność np. w pracy i należymy do odważnych, to można wprost powiedzieć kulturalne ZAMKNIJ SIĘ! KONIEC NARZEKANIA! Jeśli nie należymy do odważnych albo narzekającym jest… szef, to hmmm… możemy założyć słuchawki lub skupić się na pracy, ewentualnie ją zmienić, bo w końcu to my mamy decydować o naszym życiu. Ale jeśli ktoś nie ma zamiaru zmienić pracy, bo to miała być praca marzeń, to może kreatywnie podejść do problemu i na każdy smutny, dołujący komunikat odpowiadać czymś pozytywnym ze swojego życia. To dodatkowo bardzo pozytywnie wpłynie na nas samych ;) Jak widzicie mamy kilka możliwości, ale najważniejsze, to nie dać się wciągnąć w spiralę narzekania.




A jak Wy sobie radzicie z narzekającymi marudami?


02 marca 2015

Toksyczne relacje cz.1

  Wciąż powracam do jakości naszych zwykłych kontaktów. Zastanawiam się jak to się dzieje, że nie zadowalają mnie gadki tylko o pierdołach, a wkurzają rozmowy prowadzące do narzekania na rzeczywistość, na życie, na męża, chłopaka, na rodziców, dzieci, pracę... Często w rozmowach wchodzimy albo dajemy się wciągać w dywagacje na temat tego, że ktoś powinien tak czy inaczej postępować. Te moje dzieci tak źle sobie radzą, a mąż to tylko przed telewizorem leży i nic nie robi, nawet talerza nie odniesie do kuchni... I żeby to była jedna czy dwie takie rozmowy, to można by jeszcze zrozumieć (w ramach terapeutycznego podejścia do ludzi). Ale nie! Z reguły to każde spotkanie zmierza właśnie w tym kierunku. Ciągłe wałkowanie tematu do niczego nie prowadzi. Ale czy prawdziwa miłość polega na tym, że kogoś zmieniamy i dopasowujemy do siebie? Czy konieczne jest zmienianie czyichś przyzwyczajeń, które niekoniecznie są błędne, ale po prostu inne? Czy nasi rodzice, czy dzieci są tacy uparci, nieznośni, że nie da się wytrzymać? A może po prostu mają inne zdanie i należałoby je uszanować? Jeśli chodzi o dzieci, to pewnie wszystko zależy od ich wieku, ale w przypadku rodziców, to dlaczego mieliby oni postępować, tak jak my sobie tego życzymy? Bo to logiczne? Dobre? Może i tak ale dla kogo? Jeśli oni podejmują jakąś decyzję, to dokonują określonego wyboru. Pozwólmy im zatem ponosić również i konsekwencje tychże wyborów. To trudne? Tak!!! Nawet bardzo! ale jeśli jesteśmy dorośli, to powinniśmy rozróżnić nasze życie od ich drogi. 

 Już wiecie, że mam nieciekawą relację z mamą, ale niedawno odkryłam analogię postępowania z nią w stosunku do rodziców wychowujących dzieci. Jeśli czegoś dziecku zabraniamy, bo jako dorośli potrafimy przewidzieć nie tylko bliższe, ale i dalsze konsekwencje działań, to podołajmy w utrzymaniu wymierzanej kary, sankcji. Nie litujmy się pod wpływem pięknego uśmiechu niewinnych oczek ;) dla dobra malucha trzeba być konsekwentnym. Tak samo z rodzicami, jeśli mówimy, że coś postanowiliśmy, coś robimy, do czegoś dążymy, to nie zmieniajmy zdania pod wpływem ich manipulacji (Łatwo mi się pisze, a sama ulegam teściowej jak wymusza przyjście na kawę czy obiad :P). To manipulacja w miarę nieszkodliwa, jednak najczęściej występuje u wielu rodziców taka, która rozbija nas, nasze życie, nasze związki.
  Zapraszam Cię teraz do zastanowienia się czy wśród twoich znajomych, rodziny może przyjaciół jest ktoś, kto ma taką toksyczną postawę? Czy jest ktoś, kto przez swoje zachowanie, opowieści odbiera Ci energię, nie pozwala dobrze przeżywać pozostałych relacji i w ogóle życia. To może być pozornie najbliższy przyjaciel, ktoś z rodziny bliższej lub dalszej, kolega/koleżanka w pracy, sąsiad. Często kogoś takiego nie możemy wyeliminować z otoczenia, ale wystarczy wiedzieć o tym jak na nas wpływa, by rozpocząć proces budowania bariery o specyficznych właściwościach. Ta bariera nie powinna pozwalać na docieranie do naszej psychiki, do naszego wnętrza negatywnej siły słów tej osoby, przy jednoczesnej przepuszczalności naszych dobrych emocji. Tak, bo powinniśmy wciąż tę osobę otaczać miłością i dobrem. 
 

  A wracając jeszcze do narzekania i wałkowania trudnych tematów. Jeszcze w narzeczeństwie musiałam rozpocząć żmudną naukę kończenia sporów, kłótni. Kusiło mnie, żeby „temat” przeżywać i przeżuwać, jak starą skarpetę, porównywać do innych sytuacji, przywoływać poprzednie kłótnie, bo to się przecież ze sobą wiąże... Jakie to kobiece prawda? Takie emocjonowanie się każdą przykrą chwilą. Jednak zrozumiałam, że w rzeczywistości, to do niczego nie prowadzi, a może jedynie ranić, tę drugą najbliższą osobę, może umniejszać Jego zaangażowanie w imię moich poronionych ambicji bycia idealną w idealnym związku. I o zgrozo! Rani też mnie! Teraz już tego prawie nie ma, ale nadal muszę pamiętać, że wałkowanie tematu, który już został omówiony, zamknięty i przebaczony jest ZŁE, ZGUBNE i naprawdę NISZCZĄCE!
To też toksyczne zachowanie, zatem eliminujmy ze swojego życia takie postawy zarówno u siebie, jak i u ludzi, wśród których żyjemy. Dojrzewanie do budowania zdrowych relacji to przecież nasze powołanie ;)



Dzisiejszy post to początek małej serii tekstów o toksycznych ludziach wokół mnie. Jestem pewna, że wokół Was również są takie osoby i w jakiś sposób nie pozwalają Wam cieszyć się każdym aspektem życia w pełni. Pora to zmienić!


27 lutego 2015

Małżeńskie zamyślenie cz. 6 W pogoni z winem, paprotką i ciepłymi relacjami z bliskimi.



  Zasiadając do pisania posta zorientowałam się, że poprzedni opublikowany jeszcze przed Wielkim Postem dotyczył eliminowania z naszego życia pewnych zgubnych dla nas nawyków. A przecież z tym właśnie kojarzy się nam post, właśnie z odmawianiem sobie czegoś. A może by tak zrobić inaczej? W końcu z natury jestem przekorna ;) Zaczęło się niewinnie przy kieliszku wina (no dobrze, nie jednym :P) podczas gry planszowej w poprzedni poniedziałek. Kolejny raz uświadomiłam sobie jak ważne są relacje z innymi, jak potrzebny jest kontakt, inne spojrzenie na te same sytuacje. Nie możemy się kisić zamknięci na świat, bo... nie ma czasu. Niby jesteśmy w kontakcie, ale NAPRAWDĘ spotkanie z drugim człowiekiem, to o wiele więcej niż facebookowe pogawędki, sms-y, czy maile na szybko wysyłane wieczorem przed spaniem (bo wcześniej szkoda czasu). Oczywiście nie mówię, tu o sytuacji kiedy mieszkamy kilkaset kilometrów od siebie czy nawet w innym kraju, ale o naszych sąsiadach, albo mieszkańcach tego samego miasta. Tak wiem, jesteśmy zabiegani, ale to nie powód żeby sobie odmawiać zdrowych, naturalnych relacji. Rozmowy, wspólnego śmiania i wspominania. 

Hmm, pierwszym momentem do takiej refleksji było niedawne spotkanie planszowo-winne i powitanie w naszym domu Zuzi – paprotki, na której będę testowała moje hodowlane zdolności. Następnie z okazji Popielca ukazało się kilka ciekawych artykułów dotyczących super pomysłów na umartwianie, na zmianę siebie, swojego życia. Kilka z nich było naprawdę godnych polecenia, bo pokazywały nieszablonowe spojrzenie na okres Wielkiego Postu, jako radosnego umartwienia, a nie ponurego, pobożnego składania „rączek w pączki” i po wyjściu z kościoła obgadywania sąsiadek. Ja postanowiłam przez te sześć tygodni popracować na relacjami, kolejny raz zwrócić się do bliskich i dając siebie cieszyć się ze wspólnych spotkań. 



 

   Po pierwsze znajomi, bliscy przyjaciele, koledzy/koleżanki - spotkanie na kawę z ciachem nie zajmuje wiele czasu, a możemy im ofiarować nasze zabiegane cenne minuty. Czy u was też tak jest, że niektóre spotkania przekładacie od kilku miesięcy z jakże ważnego powodu zbyt wielu zajęć? Niby to nic nowego, ale nasza postawa, my sami jesteśmy inni w momencie zmagania się z jakimś problemem i kiedy już z nim się uporamy. Chcemy też siebie kreować na ludzi sukcesu i dlatego lepiej opowiadać komuś o trudnościach, jak już je pokonamy. A może obdarujmy przyjaciół, otwarciem się i zaufaniem i pokażmy się jeszcze w trakcie takich zmagań. Obdarujmy ich swoją nieidealnością. Nie po to, by problemy same się rozwiązały, ale by nasze spojrzenie i emocje nie były już takie ułożone. Otwartość rodzi otwartość, a trwanie przy przyjaciołach gdy pokonują oni przeszkody, scala relację i przenosi ją na wyższy poziom.

   Po drugie rodzina, czy ta, z której wychodzę, czy ta do której weszłam. Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą... i jak wyniosą ich drzwiami, to oknem nie wejdą z powrotem! To co możemy dla nich zrobić, to być, słuchać, potrzymać za rękę, wypić wspólnie kawę i ...BYĆ. Już pisałam o tym, że koniecznie muszę notować, to co moja teściowa opowiada, żeby to nie zniknęło. Można wrócić to tego tu. Ale teraz więcej czasu i uwagi muszę też poświęcić mojej cioci, siostrze mamy, która jest dla mnie ogromnym wsparciem i wiele umiejętności i dobrych skłonności jej zawdzięczam. To ona w dużej mierze kształtowała we mnie kobietę ;) teraz pora na odwdzięczenie się i tak naprawdę, to ciesze się, że w ogóle mam taką możliwość! Skąd wzięło się powiedzenie, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach? Może właśnie stąd, że nie dbamy o te relacje, bo wydaje nam się, że samo się zrobi, skoro już ta więź istnieje? A przecież ją też należy pielęgnować, jak wszystkie pozostałe. Tak więc, nie myślę co zyskam, ale skupiam się na tym co mogę rodzinie dać.

  Trzecia, chyba najważniejsza dla mnie obecnie sprawa, to relacja z mężem. Mąż to rodzina? Tak, ale jest znacznie ważniejszy więc oddzielny akapit tylko o Nim ;) Niby jesteśmy razem, niby rozmawiamy, ale jednak potrzeba ciągłego powrotu do siebie, do skupienia się na sobie nawzajem. Koniecznie trzeba znaleźć czas na zostawienie problemów i trudności w przedpokoju i byciu razem. Wtedy codzienna czułość, ciepłe spojrzenia i drobne gesty dobroci nabierają większej mocy. Miłość wtedy potrafi budować i góry przenosić. Wystarczy tylko pozwolić jej się poprowadzić, pozwolić jej mówić i tworzyć siebie na nowo. Zarówno nas jako My, jak również nas jako oddzielne osoby. Wiecie? Z jednej strony o tym doskonale oboje wiemy, ale jednocześnie, każdy taki "powrót do podstaw" na nowo nas oświeca, jak bardzo to jest ważne.
Paprotka Zuzia i anioł Lucek ;)



A Ty jakie masz postanowienia? Czy myślałaś/eś już nad tym? Nie trzeba zaczynać w sam Popielec, ale naprawdę warto wyruszyć w drogę przemiany siebie, może to czas dla Ciebie na rozpoczęcie wytyczania celów? I co ważniejsze realizowania ich?



07 lutego 2015

Otwartość na zmiany te duże i te małe, ale codzienne

Czy lubicie w życiu zmiany, niespodzianki? Ja kiedyś uwielbiałam, potem zaczęłam się ich bać, lubiłam jak wszystko było przewidywalne, znajome, jak nie trzeba było się bać niespodzianek codzienności. Potem pojawił się u nas okres wszelkiego rodzaju trudności. I zaczęliśmy się z mężem bać pytania: „Panie Boże i co jeszcze?” bo zaraz potem wyskakiwał kolejny problem. Ten etap powoli za nami, a może przyzwyczailiśmy się do ciągłych zmian. W końcu inteligencja to też zdolność szybkiego przystosowania się do zmieniających warunków (nieważne, że to chyba chodzi o klimat :P), a w końcu uważamy się za (w miarę) inteligentnych ludzi.


Podobno kobieta zmienną jest. Czyli otwartość na zmiany leży w naszej naturze? Takie określenie wynika przede wszystkim z cyklicznego wpływu hormonów na psychikę kobiety. Swoją drogą ciekawe, który mężczyzna wytrzymałby tak częste huśtawki nastrojów i wewnętrznych stanów emocjonalnych dłużej niż kilka dni? :)
Zmienność nasza wynika też z umiejętności wczuwania się w sytuacje innych ludzi. Jeśli przyjaciółka opowiada nam o swoich problemach, to nie kiwamy głowami i nie mówimy prostego „OK”, tylko drążymy temat, pytamy jak ona się czuje, czy możemy pomóc, porównujemy inne podobne sytuacje, o których wiemy, bo może tamte rozwiązania i tu się sprawdzą, a wszystko to dlatego, że dostosowujemy swoje emocje do osoby, z którą rozmawiamy chcąc jej pomóc na nasz jedyny w swoim rodzaju kobiecy sposób. Nie wpadamy od razu w depresję, nie zalewamy się łzami współczucia, ale jesteśmy (TYLKO!) o jeden, dwa poziomy emocjonalne wyżej, żeby móc lepiej zrozumieć, wesprzeć, poznać. Schodzimy często z naszego błogostanu, spokoju, radości, czy nawet euforii do czyjegoś smutku, bólu. My kobiety potrafimy niejako wejść w czyjąś skórę, i naprawdę zrozumieć prawdziwe powody takiego czy innego zachowania ludzi. Mężczyźni nawet jeśli potrafią się wzruszyć, to bardziej dlatego, że odzwierciedlają czyjeś emocje, a nie dlatego, że do końca się wczuwają. Owszem są wyjątki, ale jednak nie są one regułą. Oni w większości mają do tego podejście rozumowe i do owego wzruszenia dochodzą inną drogą niż my.



To cudowne prawda? Po prostu mamy inne role w życiu do spełnienia ;)



Kobieta jest też zmienną z innego powodu. A mianowicie dojrzewa przez całe swoje życie i przez to się zmienia. W czasach liceum lubiłam inną muzykę, bardziej rockową, mroczną, inaczej się ubierałam i nie malowałam. Na jeansowe spodnie zakładałam czarną spódniczkę, do tego za krótką bluzkę i buty podobne do bordowych glanów, a błyszczyk, czy bezbarwna pomadkę uważałam za przykrą konieczność. Tak, ja, która teraz bez tuszu na rzęsach czuję się naga i na okrągło mogę słuchać muzyki jaką tworzą Norah Jones, Carlos Santana czy zespół Prawdziwe Perły. A w dodatku kiedyś, choć tak naprawdę niedawno, jeszcze kilka lat temu nie potrafiłam spokojnie rozmawiać używając merytorycznych argumentów podczas dyskusji, która poruszała jakoś głębsze pokłady moich potrzeb, urazów psychicznych z dzieciństwa czy dotyczyła po prostu jakieś bliskiej mi osoby. Teraz jestem spokojniejsza, potrafię wybaczać, potrafię akceptować człowieka (nie akceptując jednocześnie zła, którego się dopuszcza), jestem skłonna na tysiące sposobów tłumaczyć złe zachowanie drugiej osoby, byleby tylko jej nie skreślić. Chcę ratować związki, relacje a nie analizować, czy są dobre (oczywiście poza tymi destrukcyjnymi) dla tych osób z mojego punktu widzenia. Bo liczy się drugi człowiek.


Zmienność, dojrzewanie to również nauka doceniania siebie i oceniania siebie, zadowolenia z tego kim jesteśmy, co osiągnęliśmy. Możemy być szalenie empatyczni w stosunku do innych, a sami siebie nie akceptować (o tym oddzielny post …). Jeśli to stan przejściowy wynikający z okresu dojrzewania, to prawdopodobnie to minie, ale zdarza się, że w dzieciństwie i wczesnej młodości nie słyszeliśmy zbyt dużo słów uznania i przez to nie potrafimy właściwie podejść do naszych wad i zalet. Ba! Czasem tych zalet w ogóle nie dostrzegamy, a przecież każdy/ każda z nas jest piękna i wyjątkowa, jedyna i NAPRAWDĘ NIEPOWTARZALNA!




Zapraszam Cię teraz do zastanowienia się nad zmianami w Twoim życiu, czy ostatnio nastąpiło coś nagłego, spektakularnego, czy może tak jak u mnie niepostrzeżenie pojawiło się kilka zmian i tylko nowe, trudne sytuacje uświadamiają Ci że patrzysz na świat w inny, dojrzalszy sposób? Z jednej strony bardziej odpowiedzialnie, z drugiej bardziej optymistycznie i twórczo. A może te zmiany dopiero przed Tobą? Jeśli tak, to otwórz się na nie. Zaakceptuj siebie taką/takim jaka/i jesteś, na tym etapie Twojego życia i pozwól, aby nowe doświadczenia w pozytywny sposób ukształtowały w tobie drogę do rozwoju. Zastanówmy się też, czy jesteśmy otwarci na zmiany w ludziach, którzy nas otaczają. Czy cieszymy się tymi zmianami, czy się ich boimy? Stopień otwartości to też wskaźnik naszej dojrzałości i świadomości ciągłych zmian w całym otaczającym życiu. Wiec również w naszych znajomych bliższych czy dalszych. Akceptacja decyzji innych i nienarzucanie im swojego zdania, swoich rozwiązań, bo to ich życie a my możemy ich przyjąć i zaprosić do siebie, otworzyć część naszego życia i pokłady naszej uwagi. Możemy też zadecydować o końcu znajomości, o oddaleniu się z ich życia, czy to dobre czy złe? 

Pozwólcie, że ocenę zostawię Wam, można podzielić się spostrzeżeniami w komentarzach ;) 


Ten post, powstał w takiej formie ze względu na mój udział w akcji MGB tematem przewodnim, słowem kluczem jest OTWARTOŚĆ. To ciekawa akcja, która pozwala uzmysłowić nam jak mamy różne spojrzenia na świat, każdy z nas coś innego tworzy i tyle jeszcze możliwości przed nami ;) Jeśli chcecie poznać blizej akcję i wpisy na blogach w ramach tej akcji,  to zapraszam tu.

Powinnam teraz nominować trzy osoby, które piszą blogi i mój wybór padł na:
 1) blog Żona i mąż, autorka we wspaniały, ciepły sposób opisuje małżeńskie zmagania z życiem, radości, nadzieje i dobre chwile szczęścia
2) blog http://wymarzonazona.blogspot.com/ 
3) oraz blog Justyny świeżo upieczonej mamy ślicznej córeczki, której narodziny zmieniły nawet koncepcję bloga szminką malowane

28 stycznia 2015

Małżeńskie zamyślenie cz.4 Przebudzenie śpiącej królewny

Miałam pisać kolejny post o realizowaniu celów, ale wciąż bardzo głęboko przeżywam moje niedawne odkrycie, a mianowicie, że JESTEM KOBIETĄ! Tak, wcześniej tego nie wiedziałam, wcześniej myślałam o sobie jako o dziewczynie, najpierw nastolatce, później w wieku późno-młodzieżowym ;) ale nigdy w kontekście dorosłej, dojrzałej kobiety. Niestety moja mama widziała we mnie zawsze dziecko, nie na zasadzie „ty zawsze będziesz moim dzieckiem” ale „ty jesteś dzieckiem i nie wiesz co dla ciebie dobre, nie mam do ciebie zaufania”. A tymczasem ja kończyłam studia, podejmowałam kolejne prace, angażowałam się w kolejne związki i nadal byłam Nie-kobietą. Takie życie to tylko dryfowanie, bo zostaliśmy, zostałyśmy...hmmm ja zostałam stworzona jako kobieta. Od początku, jeszcze przed narodzeniem byłam już kobietą, maleńką, ale kobietą w zamyśle Stwórcy


Jako kilkuletnia dziewczynka bawiłam się samochodzikami, tak(!) prawie jak chłopczyca. Prawie, bo pomiędzy włażeniem na pobliskie drzewa, a uciekaniem z przedszkola przez własnoręcznie zrobioną dziurę w płocie, urządzałam dla tych samochodzików... przyjęcia i herbatki :P to taki ukłon w stronę teorii gender. Lalek i misiów nie ubierałam w nic celowo, bo nie chciałam, żeby któremuś było przykro, że ma gorsze ubranko. Później w szkole przyszedł czas na strojenie się, makijaż i zdobywanie znajomych, bycie w „paczce”, potem wspaniały czas przyjaźni, dzielenia się dosłownie wszystkim i nauki czytania między wierszami z Beatą, no bo po co mówić skoro wiadomo o co chodzi! A ja wciąż nie wiedziałam, że jestem kobietą! Miałam poczucie, że może kiedyś będę, jak dorosnę, ale to jeszcze nie teraz, może za kilka lat. 

I tak te kilka lat minęło, aż tu nagle budzę się jak jakaś zakichana „śpiąca kralewna” i stwierdzam, że jestem kobietą ;) Że zawsze nią byłam, że absolutnie wszystkie moje decyzje, moje plany, moje dążenia, wątpliwości, kompleksy, niepewności wręcz krzyczą, że byłam i jestem kobietą. A tak naprawdę, to ktoś mnie odkrył, ktoś sprawił, że stałam się „babowata”. Ten ktoś uwolnił mnie z masek bezpieczeństwa, które pozwoliły mi się stać sobą naprawdę. „ Kobieta w obecności dobrego mężczyzny, prawdziwego mężczyzny uwielbia być kobietą. Jego siła pozwala aby, jej kobiece serce rozkwitało” to frg. z”Urzekającej”, o której wspominałam w poście Czy Shrek była kobietą? 
 
Do czasu mojego przebudzenia sama wojowałam z całym światem, z Nim odkryłam, że to On może wojować, bo jemu to lepiej wychodzi, jest po prostu do tego powołany z natury, a ja mogę Mu zaufać. Jedną z oznak mojego przebudzenia było stwierdzenie, że jest osobą, której można siebie powierzyć, tak całkiem, tak do końca, że już nie muszę wszystkiego kontrolować. To zaufanie sprawiło, że poczułam się wolna. Dlaczego? bo tylko człowiek wolny może kochać, tę wolność otrzymałam w prezencie o Tego Trzeciego, który nad nami czuwa. Dzięki temu mogłam sobie pozwolić na łzy, na chwile słabości, na snucie marzeń na głos z nadzieją na ich spełnienie, mogłam skupić się na relacjach z bliskimi i ustawieniu ich na właściwym miejscu, mogłam myśleć o własnej urodzie i nie mieć wyrzutów sumienia, że to próżność. A właśnie, wyrzuty sumienia, to też taka kobieca cecha, bo my ciągle jesteśmy „za mało” idealne, dobre, piękne, szczupłe i „za bardzo” skupione na drobiazgach, uparta, zabiegana, to też z „Urzekającej” Marta pięknie rozwija ten temat w swoim poście ;)

Ja jeszcze jednego doświadczam jako kobieta... mam intuicję! ale zanim odkryłam, że to dar, który trzeba pielęgnować i uważać, żeby nie pomylić czymś innym, to popełniłam kilka kolosalnych błędów. Jednak wychodzę, z założenia, że na błędach się człowiek uczy, więc staram się (za bardzo!) nie zrażać porażkami i odkrywać w sobie kobietę do końca (życia?) ;)


25 stycznia 2015

Małżeńskie zamyślenie cz.3 Czy Shrek była kobietą?

Od wielu dni czy wręcz tygodni zastanawiam się nad rolami jakie pełnię i nad tym od kogo się ich uczę, skąd czerpię informacje o mojej kobiecej tożsamości. Bo przecież tego też się uczymy. Część tylko otrzymujemy w puli genetycznej, a resztę wchłaniamy przez całe życie, dobierając wzorce, które nam bardziej odpowiadają i eliminując to czego nie chcemy u siebie pielęgnować. Zastanawiałaś się jakie kobiety Cię poprzedzały w rodzinie? Po kim odziedziczyłaś niektóre cechy? (Piszę to zwracając się do kobiet, ale czytający mężczyźni mogą zastanowić się skąd ich żony, matki, siostry są takie, a nie inne. To kolejna okazja do zbliżenia się do „tajemnicy kobiecości”) Bo żeby siebie pokochać i zaakceptować do końca, trzeba siebie poznać, swoją indywidualną psychologiczną sylwetkę jako kobiety. Niektóre z nas pochodzą z rodzin gdzie panował patriarchat i kobieta była mocno podporządkowana, z biegiem zmian społecznych zależność od męskiego rodu mogła zanikać, jednak postawa i potrzeba zależności gdzieś na dnie duszy się wciąż tli. (I do tego wątku za chwilę powrócę). Z kolei inne z nas ;) mają w rodzinie prawie same silne, niezależne kobiety, które od zawsze walczyły z całym światem i same musiały zapewnić byt i spokój swoim bliskim. Co jest dla Ciebie bliższe? Czy odnajdujesz się w którejś z tych postaw? Czy Twoja kobieca linia jest z jeszcze innego świata? Przedstawiałam dwie skrajności, a możliwości jest nieskończenie wiele ;) To wspaniale, bo każda z nas jest inna, jedyna, niepowtarzalna i każda ma szansę na kontynuację niesamowitej linii rodu kobiet z jakiej pochodzi, ale ma też szansę być TĄ, która coś zmieni na lepsze i udźwignie odpowiedzialność za kolejne pokolenia kobiet w rodzinie. 

 

W moim domu rodzinnym rządziła mama, bo taty nie było, tak mi się przynajmniej przez długi czas wydawało. A tak naprawdę to taty nie było, bo mama rządziła. Gra słów? Nie, to tylko smutna prawda. Wcześniej rządziła babcia, a jeszcze wcześniej prababcia... Tak, smutny kierat kobiet uwikłanych w małżeństwa, kierowane przez kobietę. Tylko o ile taką dzielność i odpowiedzialność można zrozumieć w pokoleniu kobiet żyjących w okresach wojny. O tyle teraz, to wydaje się nieuzasadnione. Taka niemożność rozstania się z władzą w rodzinie. Ale nie wszystkie kobiety u mnie taką postawę prezentowały, były też kobiety niezależne podróżujące po wojennej Europie i Azji, była też kobieta ślepo ufająca mężowi, który ją zawiódł, ale są też kobiety, które zdobyły samodzielnie zawód, pracowały, poczekały na swoją wielką prawdziwą miłość i pozwoliły aby ONA dalej je kształtowała i wiecie co? Jak się na takie kobiety (już niemłode przecież, bo po 70 r.ż.) spojrzy, to widać ciepło, miłość i spełnienie. Oraz... pogodne pogodzenie się z mijającym czasem. Mam nadzieję, że coś z takiej postawy też mam w genach, albo przynajmniej postaram się wypracować ;) Jednak to mojej mamie bezpośrednio zawdzięczam życie, dobre wychowanie, wiarę (choć może to ostatnie to raczej nie jej zasługa...), obycie z kulturą, zaufanie do ludzi i jeszcze kilka innych istotnych elementów stanowiących o mojej indywidualnej kobiecej tożsamości. Także mimo trudności i barier jakie powstały, a które nie pozwalają na dobre, piękne relacje na linii mataka-córka to czynię w jej stronę ukłon i mówię szczere: DZIĘKUJĘ!!! i KOCHAM CIĘ! I mówię to też symbolicznie do babci i prababci oraz do pozostałych kobiet mojego rodu. Przyjmuję wszystkie dobre cechy, którymi mogę się dzielić i które będę w sobie pomnażać, ale odrzucam to, co uważam za błędne, niewłaściwe, jeśli to posiadam już w swoich zasobach, to dołożę wszelkich starań, aby to zniwelować. Niemniej jednak DZIĘKUJĘ i cieszę się, że to Wy mnie poprzedzałyście i jestem z tego powodu dumna!



W poprzednim poście z serii zamyśleń pisałam o tym jak się odnajduję w roli żony i ten temat nie jest jeszcze wyczerpany, jednak dziś przechodzę do kolejnych ról jakie pełnię: córki i synowej. Z tego co piszę możecie się domyślać, iż pełnić rolę córki jest mi niezwykle trudno, bo wciąż dla matki pozostaję córką-dzieckiem a nie córką – dorosłą kobietą, żoną. Moja mama wybrała inną drogę i muszę to przyjąć, ale rola synowej pozwala mi też czerpać satysfakcję pośrednio jako dorosłej córce ;)

Tak, otrzymałam niesamowity dar wspaniałej teściowej, która potrafi uszanować inność, dorosłość, podzielić się swoimi kłopotami, przeżyciami. Potrafi też ucieszyć się mną!!! Opowiada w kółko o czasach swojej młodości i nie nadążam tego spisywać, aby moje (mam nadzieję przyszłe)dzieci wiedziały coś o swojej przeszłości. Bo nasza przeszłość to nie tylko czas liczony od narodzin, ale również minione pokolenia ludzi żyjących w różnych czasach, to całe bogactwo wiedzy i umiejętności, które otrzymujemy, lub musimy o tą wiedzę zawalczyć.

Podobnie jak rola żony, rola synowej jest dla mnie zupełnie nowa i nieco trudna, nauka mówienia „mamo” to jeszcze pół biedy, wystarczyło kilka tygodni, ale poczuć tą więź, prawdziwość tej relacji, to cudowne odkrycie, ponieważ, jak już pisałam wcześniej, rola dorosłej córki nie jest mi dana, realizuję się więc podwójnie jako córka-synowa. Bardzo się cieszę z nowej mamy, bo być może będę miała kiedyś córkę i chciałabym, żeby odziedziczyła czy nabyła cechy SUPERKOBIETY: ciepła, miłości i otwartości na ludzi jakie posiada moja teściowa :)


Na początku tego postu nakreśliłam dwa skrajne typy kobiet: całkowicie niezależną, dominującą i niepozwalającą odebrać sobie władzy w rodzinie oraz jej przeciwieństwo. Pochodzę z rodziny gdzie przeważał ten pierwszy typ, jednak dążę do czegoś innego. Jestem pewna, że tylko zaufanie mężowi, zgoda na przejęcie przez niego odpowiedzialności za nas może nam pomóc w uzyskaniu harmonii w związku. Kobieta ma służyć i być podporządkowana mężowi, ale nie na zasadzie ślepego poddaństwa, a wyłącznie w formie wspierania męża w decyzjach, bo to kobieta buduje wartość i poczucie odpowiedzialności w mężczyźnie. Kobieta może też to zniszczyć, tworząc z mężczyzny jedynie tragarza, bankomat, organizatora rozrywek itp. Ale czy kobieta prawdziwie kochając pozwoli na zniszczenie w ten sposób drugiego człowieka? Nie, bo miłość buduje, tworzy, tak jak kobieta kochana rozkwita, tak, mężczyzna doceniany, kochany staje się bardziej męski i odpowiedzialny. Kobieta powinna przyjmować, zapraszać, gościć, wzmacniać, podtrzymywać nie tylko życie w sobie, ale w całym świecie w jakim funkcjonuje. W niezwykłej książce J.i S. Eldrege „Urzekająca” autorka pisze: „Prawdziwa kobiecość pobudza prawdziwą męskość”, to mężczyzna ma być bohaterem i walczyć w obronie swojej Pięknej,a nie odwrotnie. W której bajce to księżniczka jedzie na koniu w ciężkiej zbroi żeby walczyć ze smokiem i uwolnić swojego Królewicza? Nawet „Shrek” jest facetem ;) Także drogie kobietki, pozwólmy naszym mężczyznom się wykazać i decydować, owszem ważne decyzje powinny być podejmowane po wspólnym rozważeniu, ale niech Oni wiedzą, że my im ufamy.




15 stycznia 2015

Codzienne okruchy szczęścia zamknięte w słoiku



Taka chciałbym być szczęśliwa”, „Jak skończę pisać pracę, jak się obronię, jak już wyjdę z pracy jestem/będę szczęśliwa, szczęśliwy”, „Jak zdobędę wymarzoną pracę, zgromadzę określoną kwotę, pojadę na Karaiby to będę szczęśliwy” 

Często nasze myśli krążą wokół podobnych sformułowań. Będę, chciałabym/chciałbym być szczęśliwy. Czy jednak nasze poczucie szczęścia naprawdę zależy od tego ile mamy, gdzie pojedziemy, czy zostaniemy zauważeniu przez takie czy inne osoby? Czy tak powinno być? Otóż nie, na nasze poczucie szczęścia nie powinno być uzależnione od naszych zasobów. Poza tym szczęście to nie stan permanentny, stały, to drobne chwile, które składają się na całość, na to, że z mniejszej lub większej perspektywy czasu możemy potwierdzić, tak jestem szczęśliwy. Ewa pisze o stanie umysłu i dzieli szczęście na koraliki emocji ;)


Czym w ogóle jest szczęście? Czym można go dotknąć? Czego dotyczy? Skąd się bierze i od czego jest zależne? Dla jednych jest błogostanem i beztroska, dla mnie jest poczuciem, że jest dobrze, że jest tak jak ma być. Może być trudno, ciężko, ale jednak poczucie ogólnego stanu szczęścia wciąż tkwi we mnie głęboko zakorzenione. Przycupnęło na balkonie i tkwi z roześmianymi wielkimi oczami i ogromnym, bezczelnym uśmiechem bez względu na pogodę, na przeciwności i bez względu na moje humory! Dlaczego trwa mimo owych trudności? Ano dlatego, ze wiem, iż moje życie płynie we właściwym kierunku. Choć autostrada zwija się spiralnie wokół stromego zbocza góry, którą musi przemierzyć by poprowadzić dalej, choć nieraz gwałtownie opada w dół przytłaczając strachem i niepewnością, to JESTEM PEWNA,
że jest tak jak być powinno. A wzniesienia i doliny są miernikiem szczęścia, swoistym punktem odniesienia.


 Codziennie mamy szansę na bycie szczęśliwym, radosnym, to od nas zależy
Zdarza się, że budzę się i od rana nie wiem za co się zabrać, co jest ważniejsze, czemu tak ciemno,
a w ogóle to czemu nie mam jeszcze zaparzonej kawy? I już małymi krokami wchodzi kiepski humor, brak optymizmu, które jak samospełniająca się przepowiednia ściągają negatywne myśli, a one negatywne zdarzenia. Tymczasem wystarczy zwyczajnie ucieszyć się z poranka nawet pochmurnego czy deszczowego. Dlaczego? Bo stwarza szansę na radość z kolejnego kubka aromatycznej kawy, z kawałka ciasta do tej kawy, szansę na tęsknotę za ciepłym domem przez cały dzień pracy i daje okazję do spędzenia wieczoru przy świeczkach i pysznej herbacie. Nie wspominając, że w taki dzień możemy cieszyć się czytaniem wieczorem ulubionej książki czy oglądaniem filmu. W trudne dni większą radość czujemy mogąc porozmawiać z ważną osobą, przy kieliszku wina podzielić się dobrymi i złymi doświadczeniami ostatnich dni. O Radości spotkania pisałam wcześniej, zapraszam, można sobie przypomnieć :)

Cieszmy się na co dzień małymi okruchami szczęścia, drobiazgami, które będą budować nasze poczucie dobrego dnia, bo to od nas zależy jaki będzie dzień i jak go wykorzystamy. Jeśli będziemy widzieć dobre rzeczy, to dzień choćby nie wiem jak trudny i ciężki, będzie też dobry i pozytywnie nas nastawi na kolejne dni. Uwielbiam po ciężkim dniu zapalić w łazience świece i zanurzyć się w gorącej kąpieli przy spokojnej muzyce czy filmie. Potem zaparzyć dzbanek herbaty z imbirem, pomarańczą i sokiem malinowym i przy ciepłym blasku świec na parapecie i stole porozmawiać o minionym dniu, wtedy wszystkie problemy nabierają innej barwy, bo moje spojrzenie zmienia perspektywę i zaczynam dostrzegać nowe możliwości, nowe rozwiązania.


Kilka dni temu dołączyliśmy z mężem do osób posiadających słoik... szczęścia ;) Tu można poczytać Codziennie lub co drugi dzień wpisujemy jakiś moment z dnia, który sprawił, że dobrze się poczuliśmy, że dało nam to poczucie radości i szczęścia. Założenie jest takie, że nawet jeśli będzie za nami dzień bardzo ciężki, zły, dzień, który wręcz przytłoczył nas trudnościami, to zawsze jest szansa, żeby pod koniec dnia dostrzec choćby mały okruszek dający radość. Tak szczęście można osiągnąć, można je też nauczyć się dostrzegaćhttp://www.deon.pl/inteligentne-zycie/poradnia/art,158,oto-cala-tajemnica-szczescia.html


Pamiętajmy, że nasze poczucie bycia szczęśliwymi zależy przede wszystkim od nas samych.



08 stycznia 2015

Małżeńskie zamyślenie cz.1

Zastanawiam się nad naszym małżeństwem, nad naszą relacją, kim dla siebie jesteśmy? Kiedy jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, wspierającymi się w trudnych chwilach, spędzających razem czas po pracy? Kiedy budzi się w nas napięcie i relacja nabiera erotycznych rumieńców? :) Kiedy czujemy, że się kisimy w domu to
z GPSem i kijkami w rekach maszerujemy kilka km żeby odetchnąć, że by nabrać dystansu i uspokoić irytację niewielką powierzchnią życiową.

 
Jedno jest pewne, dzielimy ze sobą życie łącząc i przeplatając czas spędzony razem i osobno, starając się wzajemnie sobie służyć. Co jest o tyle trudne, że nasze ludzkie egoistyczne pragnienia czasem biorą górę, czasem odzywają się skrywane kompleksy i dochodzi do wielkich sporów o maleńkie rzeczy, jak na przykład znaczenie słowa „nic”. Każdy z nas wychodzi z domu rodzinnego z przyzwyczajeniami, uogólnieniami
i odrębnym słownictwem, swoistym kodem, który rozumie tylko dana rodzina, a tymczasem dla nowego członka tejże rodziny ten kod nie tylko jest abstrakcją, ale też wprowadza niepokój i zamęt, bo u niego ten konkretny znak, słowo oznaczało coś innego. Wniosek może być tylko jeden TRZEBA ROZMAWIAĆ,
w atmosferze wzajemnego szacunku i zaufania, cierpliwie wysłuchując drugiej osoby, ale też dokonując ogromnego wysiłku jakim może być otwarcie się i powiedzenie o swoich słabościach. Takie kolejne pozbycie się masek, jeszcze bliższe spotkanie dwóch duszy, istot z innych planet. Nigdy się nawzajem nie zrozumiemy do końca, bo każdy z nas patrzy na drugiego przez pryzmat swojej płci i swoich wcześniejszych doświadczeń i absolutnie nic tego nie zmieni.
Jednak możemy się siebie nauczyć i wciąż siebie poznawać, a nie mogąc do końca zrozumieć, trzeba zaakceptować i pokochać! 


W filmie Fireproof jeden z bohaterów mówi, że z poznawaniem kobiety jest jak z dyplomami, tytułami naukowymi. Podczas ślubu jest to poziom powiedzmy matury, później należy się „tylko” wciąż starać, aby zdobyć licencjat, magisterkę, doktorat itd. Myślę,że to dotyczy nie tylko poznawania kobiety, ale po prostu wzajemnego poznawania współmałżonka przez całe życie. Jak często we współczesnych związkach wzajemne poznawanie kończy się wraz z wypowiadaniem przysięgi małżeńskiej, albo wraz z wcześniejszym zamieszkaniem. Prowadzi to tyko do ciągłej frustracji, leku i strachu i kilku innych emocji o negatywnym zabarwieniu, tymczasem trzeba zachować do końca życia tą otwartość na inność drugiej osoby
i entuzjazm odkrywania jaka towarzyszyła pierwszym miesiącom znajomości. Pytanie jak to zrobić?

W kolejnych postach zatrzymam się pewnie dłużej nad odpowiedzią na to pytanie, nad tematem szybkiego wspólnego zamieszkania, nad wzajemnym porozumieniem czy nad sztuką służby w relacji. Na dziś to tyle, pozdrawiam i życzę wspaniałego dnia ;)


07 stycznia 2015

Radość ze spotkania


Nasze zadanie kochania siebie, bliźnich i nieprzyjaciół sprowadza się do budowania relacji z ludźmi. Oczywiście na wzór boskiego ideału, jednak jako zwykli śmiertelnicy możemy mieć z tym trudności. Czy chodzi tylko o powierzchowny kontakt potrzebny do codziennego funkcjonowania? Czy do budowania dobrych relacji wystarczy codziennie zadać kilka zdawkowych pytań, na których wysłuchanie odpowiedzi już nie mamy czasu czy nawet ochoty? Czy po wielu kursach komunikacji i aktywnego słuchania mamy już tylko parafrazować rozmówcę i być dumni i bladzi, że prowadzimy długą konwersację? Cały problem polega na tym, że teraz nasi znajomi sąsiedzi, czy nawet O ZGROZO! Krewni nas naprawdę nie znają, nie wiedzą co nam w duszy gra, o czym naprawdę marzymy, co dla nas ważne, jak przeżywamy problemy i codzienne radości. Moja ulubiona SUPERBOHATERKA Ania z Zielonego Wzgórza wszędzie szukała „pokrewnej duszy”, w każdym nowo poznanym człowieku szukała pokrewnej duszy, szukała kogoś z kim znajdzie wspólny język, nie było tych osób za dużo, ale wciąż każdego traktowała tak samo, otwierała się i czekała aż ktoś po drugiej stronie też odsłoni przed nią swoje prawdziwe oblicze.


Dla mnie też drugi człowiek jest niezwykle ważny, odkrywanie jaki ten ktoś jest, co go ciekawi, co smuci, jakie ma tajemnice, jaką przeszłość i jak sobie z nią poradził... To jest fascynujące! Uwielbiam usiąść czasem w kawiarni przy ruchliwej ulicy i obserwować przechodniów, widać wtedy całe wachlarze osobowości, emocji. Żałuję że nie można podjeść do tych ludzi zapytać się kim naprawdę są. Hmm... przesadziłam, nie żałuję ale raz na jakiś czas dostrzegam kogoś kogo chętnie poznałabym bliżej, bo coś mnie ujęło w tej postaci.
Na co dzień w całym zabieganiu brakuje czasu by ucieszyć się drugim człowiekiem, spotkaniem z nim, tym, że nas wpuścił do swojego świata i opowiedział o aktualnych sprawach, którymi żyje. Dobrze też czasem wpuścić przyjaciela do mojego/naszego świata i podzielić się radościami, bo pozytywne emocje jeśli się nimi z kimś podzielimy to mają tę niezwykłą właściwość, że się mnożą, a w zasadzie po prostu zostają
z nami na dłużej co nas uszczęśliwia. A przecież każdy z nas chce być szczęśliwy.

 
Zapraszam Cię teraz, abyś usiadł czy usiadła przy kubku dobrej herbaty lub kawy i zastanowił/a się nad tym jakie są Twoje relacje. Ilu masz dobrych, bliskich znajomych, przyjaciół? I proszę zrób to bez pomocy facebooka, twitera czy naszej klasy. Chodzi o osoby, z którymi się często widujesz, z którymi rozmawiasz, które chciałbyś widzieć zaraz po przeżyciu jakieś trudności, aby z nim/nią się tym podzielić. Czy te relacje polegają na Twojej aktywności i czerpaniu z tego jak najwięcej, czy tylko Ty opowiadasz co się działo? Jak reagujesz na czyjeś sprawy, problemy? Czy te wiadomości przelatują koło Twoich uszu
i czekasz aż ktoś skończy opowiadać, abyś znowu Ty mógł mówić o sobie? Ja wprawdzie nie łapię się na tym, ale zdarza się, że jak ktoś coś opowiada to ja już spieszę z dobrą radą co w danej sytuacji należałoby zrobić. Już na końcu języka mam kilka rozwiązań... A tymczasem trzeba poczekać, wysłuchać, dopytać czy dobrze zrozumieliśmy, dać do zrozumienia jak ważne są dla nas słowa i emocje przyjaciela.
A dlaczego? Bo kochamy! Tak uczucie przyjaźni, więź koleżeńska to też miłość. A jeśli kochamy to skupiamy się na drugim człowieku zapominając o sobie, bo nasze poczucie szczęścia samo się buduje poprzez wspieranie tych których kochamy.