Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty

17 marca 2015

Skąd wiedziałam, że to TEN?


   W związku z wiadomościami jakie od Was otrzymałam w ostatnich dwóch tygodniach zrodziła się potrzeba napisania postu o miłości małżeńskiej i wątpliwościach przed ślubem. Skąd wiadomo, że to TA, że to właśnie TEN-jedyny? Jak zdobyć pewność?Czy w ogóle można być pewnym?



   Jeśli myślicie, że napiszę o tych wątpliwościach z autopsji, to się mylicie, bo jestem jakimś ewenementem, który nie miał wątpliwości i co ciekawe mój mąż też twierdzi, że ich nie miał ;) Także jedyne czego nie byliśmy pewni, to jak ogarniemy życie finansowo, ale ponieważ oboje nie jesteśmy szaleńczo przywiązani do rzeczy materialnych, to doszliśmy do wspólnego wniosku, że nie zginiemy. A skąd wiedziałam, że to Ten? Otóż nie wiedziałam, ale podjęłam świadomą decyzję, że przyjmuję odpowiedzialność za tą konkretną osobę, która została mi dana
W naszym życiu pojawia się kilka takich osób, nie jesteśmy skazani, skazane na jedną, ale po podjęciu decyzji i przyjęciu tej osoby jako współmałżonka nie możemy już go/jej zmieniać i zastanawiać się „co by było gdyby…”. To niszczy nie tylko naszą relację, ale i nas samych. Przyjmujemy dar drugiego człowieka, jednocześnie ofiarowując siebie, naszą przyszłość. Marta przepięknie opisała ścisłe, nierozerwalne w miłości małżeńskiej przeplatanie się owej odpowiedzialności, poczucia bezpieczeństwa i zaufania, choć tu chciałby się dopowiedzieć: ZAWIERZENIA Jemu. W zasadzie, to po zaręczynach już trzeba się uczyć wybierać dobro JEGO/JEJ a nie rodziców, kolegów, przyjaciółek. To początek drogi planowania wspólnej przyszłości, nie z ukochaną mamusią (zwłaszcza megatoksyczną jak moja), tatusiem, nawet bliska przyjaciółka, czy kumpel nie powinien  być wtajemniczany w Wasze decyzje, ponieważ powinny być TYLKO Wasze!!! A dlaczego? Bo „opuści człowiek ojca i matkę…” i TYLKO wtedy w całkowitym zawierzeniu współmałżonkowi może realizować powołanie do szczęścia w małżeństwie.
   A wracając do tematu, to nie napiszę jak powinien wyglądać idealny związek, żeby można było być pewnym, że to ten do końca życia, nie dam gotowej recepty, ale zwrócę uwagę, na istotne szczegóły budujące nasz związek i to czego dobrze by było się wystrzegać.
  1. Czy znamy siebie nawzajem? - tzn. czy rozmawiamy ze sobą, otwierając serce przed tą drugą osobą i czy jest to odwzajemnione. Niby proste, ale jak często okazuje się, że osoby, które znamy wiele lat, dokonują rzeczy, których byśmy się nie spodziewali. To nigdy nie jest nagłe odsunięcie, ale proces, w którym pozwalamy by dusza kogoś bliskiego oddaliła się, odwróciła, a nawet zamknęła na nas. Tak jak na początku znajomości jesteśmy siebie ciekawi, wchłaniamy informacje, poznajemy poprzez każde słowo, gest, tak trzeba przez całe życie wciąż poznawać i umożliwić bycie poznanym.
  2. Czy spędzamy ze sobą czas dzieląc pasje? - jak spędzacie wspólny czas i ile go jest? Czy to tylko kilka godzin na kino, kolację, albo wyjście ze znajomymi np.: na kręgle? Czy poza rozmowami i wspólną bliskością robicie jeszcze coś razem? I nie chodzi mi o granie czy oglądanie filmów na komputerze! Ale o chodzenie po górach, wspólne czytanie, żeglowanie, zwiedzanie świata, wolontariat i wiele innych zainteresowań, które was razem pochałaniają. Coś co buduje was jako parę, jako narzeczonych i w przyszłości pozwoli wam zwalczyć rutynę w związku, albo odkryć współmałżonka na nowo.
  3. Czy szanujemy i jesteśmy szanowani? - zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych ten punkt jest tak oczywisty, że nie warto o nim wspominać, jednak z racji zawodu doradcy i z ostatnich wiadomości jakie otrzymuję po wpisach na blogu ciągle słyszę o doświadczaniu braku szacunku w małżeństwie. Wiele osób myli przedślubne okazywanie zainteresowania z okazywaniem szacunku, a później w codziennym życiu doświadcza wielu przykrych i bolesnych momentów, które ranią i poniżają ich nie tylko jako żonę/męża, ale w ogóle jako człowieka. Takie chwile odzierają z godności i zaniżają poczucie własnej wartości. Trudne i nierzadko nieakceptowalne zachowanie mamy tendencję tłumaczyć ciężkim dniem w pracy, stresem związanym z dojazdami, problemami finansowymi, złym towarzystwem. Prawdziwy szacunek wiąże się jednak ze wspomnianą odpowiedzialnością za drugiego i z poczuciem bezpieczeństwa. Nie możemy zakładać, że POTEM się wszystko zmieni, POTEM się ułoży, POTEM ja jego/ją wychowam, POTEM ona/on się zmieni. Jeśli przed ślubem tego nie ma, to POTEM na pewno nic się nie zmieni, chyba że na gorsze…
  4. Czy znamy swoje słabości i trudne życiowe momenty? - ten punkt wiąże się z pierwszym, ale chodzi mi o podkreślenie konieczności powierzenia swojej przeszłości małżonkowi. Musimy opowiedzieć o ważnych, choć trudnych sprawach z naszego życia „sprzed”, bo tylko na prawdzie i szczerości możemy zbudować coś pięknego. Dlaczego to takie ważne skoro mamy prawo do prywatności nawet w małżeństwie? Ponieważ ta druga osoba powinna wiedzieć, że było np. coś bolesnego i trzeba uważać, że to nie jego/jej wina ale to nasze wcześniejsze przykre doświadczenia nas zraniły i wpływają na teraźniejszość.
  5. Czy wspieramy siebie nawzajem jako odrębne osoby? - a dokładniej, czy każde z osobna ma możliwość rozwijania siebie, swoich indywidualnych pasji, swojej sfery duchowej albo fizycznej bez szkody dla związku? Czy doświadczamy negacji, niezrozumienia czy nawet ataku? Jeśli chłopak lub dziewczyna lekceważą szkołę czy pracę jaką wykonuje ta druga osoba, jeśli wyrażają się niepochlebnie o jej/jego osiągnięciach, to po ślubie nie dosyć, że to nie zniknie, nie zmniejszy się, ale wręcz przeciwnie może eskalować. W takim wypadku należałoby się zastanowić, czy ten ktoś nie wzmacnia swojego poczucia wartości poprzez poniżanie innych. To niezwykle krzywdzące postępowanie.
  6. Czy wasze wartości i spojrzenie na życie są wspólne? - a może wręcz przeciwnie? Tylko macie nadzieję, że jakoś sprzeczne poglądy da się pogodzić. Otóż informuję grzecznie, że przy braku porozumienia w tych kwestiach niewielu parom (do 15%) udaje się zgodnie i we wzajemnej miłości przeżyć dłużej niż 2-3 lata, a potem zaczynają się schody. Sama osobiście znam tylko jedną taką parę, a od pozostałych wciąż dowiaduję się o rozstaniach i trudnościach.


   To tylko kilka z ważnych kwestii, jakie w znacznym stopniu determinują to czy małżeństwo będzie piękne, szczęśliwe, udane. Wciąż nasuwają mi się kolejne więc być może wkrótce ukaże się kolejny post z tym zagadnieniem ;)
   Wprawdzie mój staż małżeński jest dość krótki (choć wiem, że bywają krótsze!), to pozwolę sobie zaznaczyć jako pewnik, że małżeństwo powinno wydobywać z nas ukryte talenty, możliwości, odkrywać nasze nowe-prawdziwe oblicze. Naprawdę warto doświadczyć tego bezpieczeństwa, odpowiedzialności i zaufania podczas codzienności, podczas sporów, rodzinnych spotkań, trudów realizowania planów, goszczenia u siebie bliskich znajomych. Tak, podczas takiej przeplatanki często nas wyczerpującej doświadczamy niezwykłego umocnienia i wsparcia. A nasza małżeńska miłość to przede wszystkim codzienna decyzja, że troszczę się o dobro tej drugiej osoby, a nie uleganie wzlotom (lub spadkom) uczuć i huśtawce emocjonalnej. To spokój i wsparcie w nas, w kontrastującej ekscytacji i niepewności na zewnątrz.

13 marca 2015

Małżeńskie zamyślenie: cz.7 O potrzebie bycia kochaną.

  Jest gdzieś w nas, nieraz bardzo głęboko taka potrzeba zauważenia i akceptacji, potrzeba bycia lubianą i potrzebną, przeogromna potrzeba bycia kochaną. Chcemy wiedzieć, że ktoś robi coś wyłącznie dla nas, z myślą o nas. Dopiero przez taką postawę, takie podejście czujemy się naprawdę kochane. Niezwykle ważne jest obdarowywanie nas drobiazgami typu kwiaty, czekoladki, kartki ze słowami „To dla Ciebie”, „Kupiłem/zrobiłem to dla Ciebie”. To umacnia nas, takie niedoskonałe, nieidealne w przekonaniu (jakże często zbyt wątłym!), że mimo wszystko jesteśmy ważne i kochane. To takie proste! Dlaczego? Bo bazuje na naszych podstawowych potrzebach. Ja osobiście wyłamuję się nieco z piramidy potrzeb Maslowa i stwierdzam, że długo mogę niedojadać, niedopijać i niedosypiać, ale MUSZĘ wiedzieć i czuć, że jestem kochana i potrzebna. Dopiero na tym buduję moje poczucie bezpieczeństwa i mogę myśleć o dobrym obiedzie, o własnej wartości, o nauce czy o tym czy ten obiad dobrze wygląda.


  
 Ostatnio dostałam od męża batoniki na … przerwę podczas wykładów z teorii prawa jazdy ;) po jednym na każdy dzień. To nic, że te wykłady trwają 2-3 godzin, a przerwa do 5 min, to nic, że jadę tam najedzona ciepłym obiadem, ale przecież wykłady z pewnością są takim wydatkiem intelektualno - energetycznym, że z pewnością grozi mi niebywała utrata sił i jak ja biedna wrócę do domu w takim stanie :P No więc dostałam batony i bardzo się ucieszyłam, ale nie ze słodyczy i bakalii jakie zawierały, tylko z tego, że On kupował coś specjalnie dla mnie. Bo kocha, bo myśli i pamięta.

  

  Czy da się tu zauważyć jakąś logikę? Tak, ale typowo kobiecą :) Rozum swoje, emocje swoje, a uczucia wewnątrz to zupełnie inna historia. Tu nie chodzi o nasze zwykłe codzienne poświęcenia dla wspólnego dobra, codzienne drobne rezygnacje z siebie (albo z czegoś dla siebie), ale o drobnostki, które pokażą tej drugiej ukochanej połówce o naszym przywiązaniu, o tym, że wiemy, że dla niej coś jest ważne i właśnie dlatego to coś jej ofiarujemy. Piszę w formie dla kobiet celowo, bo mężczyźni z reguły nieco inaczej odczuwają takie potrzeby, w innym stopniu. To my jesteśmy (nad)wrażliwe i jeśli nie zaspokoimy potrzeby bycia, kochaną, to wszystkie nasze osiągnięcia, całe nasze życie wydaje nam się mniej kolorowe i suche. Constanza Miriano w książce „ Poślub ją i bądź gotów dla nie umrzeć” pięknie porównuje rolę mężczyzny. Mianowicie pełni on rolę wycieraczek, które ułatwiają nam oglądanie świata przez przednią szybę. Czasem niby świeci słońce, ale szyba jest tak brudna, że nic nie widać, wtedy On włącza spryskiwacz i oczyszcza nam spojrzenie – batonami! Jednocześnie podczas ulewy jest po prostu niezbędny, bez jego pomocy nie pojedziemy w świat, nic nie zrobimy, nie załatwimy, bo nic byśmy nie widziały.
Spotkanie mojego przyszłego męża sprawiło, że niepostrzeżenie życie wywróciło mi
się do góry nogami, a właściwie, to tylko (albo aż) wszystko poprzemieszczało się w inne miejsca, czasem nabrało innej wartości, a czasem zostało zdegradowane i całkiem zniknęło. Po ślubie Jego obecność pozwoliła mi na nowo ułożyć siebie i nasz świat, co z kolei umożliwia wykluwanie się niecodziennym pomysłom, i realizowaniu ich, co wcześniej absolutnie było nierealne. Bez takich wycieraczek moje życie byłoby nierealne, choć wykonalne.

08 marca 2015

Raniąca potęga słów czyli o tym czy jestem leniwa.

   Niedawno na ulicy zobaczyłam matkę, która do swojej kilkuletniej córki mówiła „Jesteś okropna, przez Ciebie zawsze się spóźniam”. Nie mam zielonego pojęcia o co chodziło, ale dziewczynka była słodka, uśmiechnięta i ze wszystkich sił starała się nadążyć swoimi krótkimi nóżkami za matką, która prawie biegła wciąż wydłużając krok. Ten widok przypomniał mi jak silnie działają na nas słowa, jak nieraz miażdżący efekt wywierają w psychice każdego, każdej z nas (a co dopiero dziecka!). Są słowa raniące, gdy wypowiada się je raz i są inne, niby o mniejszym natężeniu negatywnym, ale wypowiadane wielokrotnie przez osobę nam bliską, dotkliwie upośledzają nasze poczucie własnej wartości. 


 
   Jak to wyglądało u Was? Czy rodzice wspierali Was i budowali, czy wręcz przeciwnie? Pytam, bo u mnie było różnie. Jak już Wiecie z postu o śpiącej królewnie, mama nie budowała mnie jako kobiety, ale ciągle wmawiała mi, że mam talent malarski (który ku jej rozpaczy marnuję), że jestem niezwykle zdolna (tylko leniwa!) i HIT! że mam dobre serce i dlatego dobieram sobie… kiepskich znajomych. Czyli były komunikaty pozytywne, było wsparcie, były oczekiwania, które miały (!) pomóc w osiąganiu w życiu więcej. Tak, to wszystko było, ale jednocześnie wciąż słyszałam, że coś marnuję, czegoś nie wykorzystuję, że mam kiepski gust i że jestem leniwa. To ostatnie to było moje przekleństwo. To jest to słowo, to określenie, które mnie tłamsiło. Sprawiało, że nic nie chciałam robić, bo jestem… leniwa. No, w końcu trzeba było zasłużyć na to określenie :P  
  A to „nicnierobienie” przejawiało się jako czytanie ogromnych ilości książek, uczestniczenie w przeróżnych warsztatach, wolontariatach, wyjazdach w góry, na kajaki, na żagle itp. Czyli „naprawdę” leżałam na tapczanie do góry brzuchem i liczyłam plamy na suficie :P 


Leniwe wyszły!!!  ;)

 
   Ale wracając do słów, które są potężną bronią i jeśli celnie je ktoś zada, może zablokować nasz rozwój, nasze życie na wiele lat. Co ta mała dziewczynka dowiadywała się w tym dniu, a może i w każdym innym też? Że JEST OKROPNA i że TO JEJ WINA, ŻE MAMIE COŚ NIE WYCHODZI. A przecież to mama jako dorosła odpowiada za organizację czasu i swojego, i dziecka!
  Zapraszam Cię teraz do zastanowienia się nad tym jakie słowa Ciebie zraniły i zamknęły? Kto je wypowiedział i dlaczego ta opinia była przez Ciebie postrzegana jako ważna? A może jeszcze nie usłyszałeś, że jesteś dobry, piękny, wartościowy, że masz wiele możliwości i od Ciebie tylko zależy co będziesz w życiu robić? Skąd o tym wiem? Bo On jest dobry i dał nam wolną wolę. Bo to On uważa, że jesteśmy piękni i doskonali i … kim my jesteśmy żeby podważać Jego zdanie? ;)
   Jeśli nadal masz wątpliwości, to proponuję pewne ćwiczenie (tylko trzeba je wykonywać codziennie przez 2 minuty, przez około 3 tygodnie): stań przed lustrem, takim dużym, a jeśli nie masz, to przed witryną, szybą albo innym swoim odbiciem i powtarzaj, patrząc sobie prosto w oczy komplementy np.: pięknie wyglądasz, jesteś dobra/y, potrafisz się dobrze umalować, świetna fryzura, doskonale radzisz obie w pracy itd. Co to da? Przede wszystkim rozpocznie proces odczarowania złych słów, ich negatywny wpływ na Ciebie się zmniejszy i zaczniesz dostrzegać swoje nowe(choć istniejące w Tobie od dawna!) zalety i szanse jakie przed Tobą się pojawiają. Śmieszne? Bardzo:) ale działa!




Zatem do dzieła! Dziś dzień kobiet, a może i Twój nowy początek?


02 marca 2015

Toksyczne relacje cz.1

  Wciąż powracam do jakości naszych zwykłych kontaktów. Zastanawiam się jak to się dzieje, że nie zadowalają mnie gadki tylko o pierdołach, a wkurzają rozmowy prowadzące do narzekania na rzeczywistość, na życie, na męża, chłopaka, na rodziców, dzieci, pracę... Często w rozmowach wchodzimy albo dajemy się wciągać w dywagacje na temat tego, że ktoś powinien tak czy inaczej postępować. Te moje dzieci tak źle sobie radzą, a mąż to tylko przed telewizorem leży i nic nie robi, nawet talerza nie odniesie do kuchni... I żeby to była jedna czy dwie takie rozmowy, to można by jeszcze zrozumieć (w ramach terapeutycznego podejścia do ludzi). Ale nie! Z reguły to każde spotkanie zmierza właśnie w tym kierunku. Ciągłe wałkowanie tematu do niczego nie prowadzi. Ale czy prawdziwa miłość polega na tym, że kogoś zmieniamy i dopasowujemy do siebie? Czy konieczne jest zmienianie czyichś przyzwyczajeń, które niekoniecznie są błędne, ale po prostu inne? Czy nasi rodzice, czy dzieci są tacy uparci, nieznośni, że nie da się wytrzymać? A może po prostu mają inne zdanie i należałoby je uszanować? Jeśli chodzi o dzieci, to pewnie wszystko zależy od ich wieku, ale w przypadku rodziców, to dlaczego mieliby oni postępować, tak jak my sobie tego życzymy? Bo to logiczne? Dobre? Może i tak ale dla kogo? Jeśli oni podejmują jakąś decyzję, to dokonują określonego wyboru. Pozwólmy im zatem ponosić również i konsekwencje tychże wyborów. To trudne? Tak!!! Nawet bardzo! ale jeśli jesteśmy dorośli, to powinniśmy rozróżnić nasze życie od ich drogi. 

 Już wiecie, że mam nieciekawą relację z mamą, ale niedawno odkryłam analogię postępowania z nią w stosunku do rodziców wychowujących dzieci. Jeśli czegoś dziecku zabraniamy, bo jako dorośli potrafimy przewidzieć nie tylko bliższe, ale i dalsze konsekwencje działań, to podołajmy w utrzymaniu wymierzanej kary, sankcji. Nie litujmy się pod wpływem pięknego uśmiechu niewinnych oczek ;) dla dobra malucha trzeba być konsekwentnym. Tak samo z rodzicami, jeśli mówimy, że coś postanowiliśmy, coś robimy, do czegoś dążymy, to nie zmieniajmy zdania pod wpływem ich manipulacji (Łatwo mi się pisze, a sama ulegam teściowej jak wymusza przyjście na kawę czy obiad :P). To manipulacja w miarę nieszkodliwa, jednak najczęściej występuje u wielu rodziców taka, która rozbija nas, nasze życie, nasze związki.
  Zapraszam Cię teraz do zastanowienia się czy wśród twoich znajomych, rodziny może przyjaciół jest ktoś, kto ma taką toksyczną postawę? Czy jest ktoś, kto przez swoje zachowanie, opowieści odbiera Ci energię, nie pozwala dobrze przeżywać pozostałych relacji i w ogóle życia. To może być pozornie najbliższy przyjaciel, ktoś z rodziny bliższej lub dalszej, kolega/koleżanka w pracy, sąsiad. Często kogoś takiego nie możemy wyeliminować z otoczenia, ale wystarczy wiedzieć o tym jak na nas wpływa, by rozpocząć proces budowania bariery o specyficznych właściwościach. Ta bariera nie powinna pozwalać na docieranie do naszej psychiki, do naszego wnętrza negatywnej siły słów tej osoby, przy jednoczesnej przepuszczalności naszych dobrych emocji. Tak, bo powinniśmy wciąż tę osobę otaczać miłością i dobrem. 
 

  A wracając jeszcze do narzekania i wałkowania trudnych tematów. Jeszcze w narzeczeństwie musiałam rozpocząć żmudną naukę kończenia sporów, kłótni. Kusiło mnie, żeby „temat” przeżywać i przeżuwać, jak starą skarpetę, porównywać do innych sytuacji, przywoływać poprzednie kłótnie, bo to się przecież ze sobą wiąże... Jakie to kobiece prawda? Takie emocjonowanie się każdą przykrą chwilą. Jednak zrozumiałam, że w rzeczywistości, to do niczego nie prowadzi, a może jedynie ranić, tę drugą najbliższą osobę, może umniejszać Jego zaangażowanie w imię moich poronionych ambicji bycia idealną w idealnym związku. I o zgrozo! Rani też mnie! Teraz już tego prawie nie ma, ale nadal muszę pamiętać, że wałkowanie tematu, który już został omówiony, zamknięty i przebaczony jest ZŁE, ZGUBNE i naprawdę NISZCZĄCE!
To też toksyczne zachowanie, zatem eliminujmy ze swojego życia takie postawy zarówno u siebie, jak i u ludzi, wśród których żyjemy. Dojrzewanie do budowania zdrowych relacji to przecież nasze powołanie ;)



Dzisiejszy post to początek małej serii tekstów o toksycznych ludziach wokół mnie. Jestem pewna, że wokół Was również są takie osoby i w jakiś sposób nie pozwalają Wam cieszyć się każdym aspektem życia w pełni. Pora to zmienić!


27 lutego 2015

Małżeńskie zamyślenie cz. 6 W pogoni z winem, paprotką i ciepłymi relacjami z bliskimi.



  Zasiadając do pisania posta zorientowałam się, że poprzedni opublikowany jeszcze przed Wielkim Postem dotyczył eliminowania z naszego życia pewnych zgubnych dla nas nawyków. A przecież z tym właśnie kojarzy się nam post, właśnie z odmawianiem sobie czegoś. A może by tak zrobić inaczej? W końcu z natury jestem przekorna ;) Zaczęło się niewinnie przy kieliszku wina (no dobrze, nie jednym :P) podczas gry planszowej w poprzedni poniedziałek. Kolejny raz uświadomiłam sobie jak ważne są relacje z innymi, jak potrzebny jest kontakt, inne spojrzenie na te same sytuacje. Nie możemy się kisić zamknięci na świat, bo... nie ma czasu. Niby jesteśmy w kontakcie, ale NAPRAWDĘ spotkanie z drugim człowiekiem, to o wiele więcej niż facebookowe pogawędki, sms-y, czy maile na szybko wysyłane wieczorem przed spaniem (bo wcześniej szkoda czasu). Oczywiście nie mówię, tu o sytuacji kiedy mieszkamy kilkaset kilometrów od siebie czy nawet w innym kraju, ale o naszych sąsiadach, albo mieszkańcach tego samego miasta. Tak wiem, jesteśmy zabiegani, ale to nie powód żeby sobie odmawiać zdrowych, naturalnych relacji. Rozmowy, wspólnego śmiania i wspominania. 

Hmm, pierwszym momentem do takiej refleksji było niedawne spotkanie planszowo-winne i powitanie w naszym domu Zuzi – paprotki, na której będę testowała moje hodowlane zdolności. Następnie z okazji Popielca ukazało się kilka ciekawych artykułów dotyczących super pomysłów na umartwianie, na zmianę siebie, swojego życia. Kilka z nich było naprawdę godnych polecenia, bo pokazywały nieszablonowe spojrzenie na okres Wielkiego Postu, jako radosnego umartwienia, a nie ponurego, pobożnego składania „rączek w pączki” i po wyjściu z kościoła obgadywania sąsiadek. Ja postanowiłam przez te sześć tygodni popracować na relacjami, kolejny raz zwrócić się do bliskich i dając siebie cieszyć się ze wspólnych spotkań. 



 

   Po pierwsze znajomi, bliscy przyjaciele, koledzy/koleżanki - spotkanie na kawę z ciachem nie zajmuje wiele czasu, a możemy im ofiarować nasze zabiegane cenne minuty. Czy u was też tak jest, że niektóre spotkania przekładacie od kilku miesięcy z jakże ważnego powodu zbyt wielu zajęć? Niby to nic nowego, ale nasza postawa, my sami jesteśmy inni w momencie zmagania się z jakimś problemem i kiedy już z nim się uporamy. Chcemy też siebie kreować na ludzi sukcesu i dlatego lepiej opowiadać komuś o trudnościach, jak już je pokonamy. A może obdarujmy przyjaciół, otwarciem się i zaufaniem i pokażmy się jeszcze w trakcie takich zmagań. Obdarujmy ich swoją nieidealnością. Nie po to, by problemy same się rozwiązały, ale by nasze spojrzenie i emocje nie były już takie ułożone. Otwartość rodzi otwartość, a trwanie przy przyjaciołach gdy pokonują oni przeszkody, scala relację i przenosi ją na wyższy poziom.

   Po drugie rodzina, czy ta, z której wychodzę, czy ta do której weszłam. Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą... i jak wyniosą ich drzwiami, to oknem nie wejdą z powrotem! To co możemy dla nich zrobić, to być, słuchać, potrzymać za rękę, wypić wspólnie kawę i ...BYĆ. Już pisałam o tym, że koniecznie muszę notować, to co moja teściowa opowiada, żeby to nie zniknęło. Można wrócić to tego tu. Ale teraz więcej czasu i uwagi muszę też poświęcić mojej cioci, siostrze mamy, która jest dla mnie ogromnym wsparciem i wiele umiejętności i dobrych skłonności jej zawdzięczam. To ona w dużej mierze kształtowała we mnie kobietę ;) teraz pora na odwdzięczenie się i tak naprawdę, to ciesze się, że w ogóle mam taką możliwość! Skąd wzięło się powiedzenie, że z rodziną dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach? Może właśnie stąd, że nie dbamy o te relacje, bo wydaje nam się, że samo się zrobi, skoro już ta więź istnieje? A przecież ją też należy pielęgnować, jak wszystkie pozostałe. Tak więc, nie myślę co zyskam, ale skupiam się na tym co mogę rodzinie dać.

  Trzecia, chyba najważniejsza dla mnie obecnie sprawa, to relacja z mężem. Mąż to rodzina? Tak, ale jest znacznie ważniejszy więc oddzielny akapit tylko o Nim ;) Niby jesteśmy razem, niby rozmawiamy, ale jednak potrzeba ciągłego powrotu do siebie, do skupienia się na sobie nawzajem. Koniecznie trzeba znaleźć czas na zostawienie problemów i trudności w przedpokoju i byciu razem. Wtedy codzienna czułość, ciepłe spojrzenia i drobne gesty dobroci nabierają większej mocy. Miłość wtedy potrafi budować i góry przenosić. Wystarczy tylko pozwolić jej się poprowadzić, pozwolić jej mówić i tworzyć siebie na nowo. Zarówno nas jako My, jak również nas jako oddzielne osoby. Wiecie? Z jednej strony o tym doskonale oboje wiemy, ale jednocześnie, każdy taki "powrót do podstaw" na nowo nas oświeca, jak bardzo to jest ważne.
Paprotka Zuzia i anioł Lucek ;)



A Ty jakie masz postanowienia? Czy myślałaś/eś już nad tym? Nie trzeba zaczynać w sam Popielec, ale naprawdę warto wyruszyć w drogę przemiany siebie, może to czas dla Ciebie na rozpoczęcie wytyczania celów? I co ważniejsze realizowania ich?



07 lutego 2015

Otwartość na zmiany te duże i te małe, ale codzienne

Czy lubicie w życiu zmiany, niespodzianki? Ja kiedyś uwielbiałam, potem zaczęłam się ich bać, lubiłam jak wszystko było przewidywalne, znajome, jak nie trzeba było się bać niespodzianek codzienności. Potem pojawił się u nas okres wszelkiego rodzaju trudności. I zaczęliśmy się z mężem bać pytania: „Panie Boże i co jeszcze?” bo zaraz potem wyskakiwał kolejny problem. Ten etap powoli za nami, a może przyzwyczailiśmy się do ciągłych zmian. W końcu inteligencja to też zdolność szybkiego przystosowania się do zmieniających warunków (nieważne, że to chyba chodzi o klimat :P), a w końcu uważamy się za (w miarę) inteligentnych ludzi.


Podobno kobieta zmienną jest. Czyli otwartość na zmiany leży w naszej naturze? Takie określenie wynika przede wszystkim z cyklicznego wpływu hormonów na psychikę kobiety. Swoją drogą ciekawe, który mężczyzna wytrzymałby tak częste huśtawki nastrojów i wewnętrznych stanów emocjonalnych dłużej niż kilka dni? :)
Zmienność nasza wynika też z umiejętności wczuwania się w sytuacje innych ludzi. Jeśli przyjaciółka opowiada nam o swoich problemach, to nie kiwamy głowami i nie mówimy prostego „OK”, tylko drążymy temat, pytamy jak ona się czuje, czy możemy pomóc, porównujemy inne podobne sytuacje, o których wiemy, bo może tamte rozwiązania i tu się sprawdzą, a wszystko to dlatego, że dostosowujemy swoje emocje do osoby, z którą rozmawiamy chcąc jej pomóc na nasz jedyny w swoim rodzaju kobiecy sposób. Nie wpadamy od razu w depresję, nie zalewamy się łzami współczucia, ale jesteśmy (TYLKO!) o jeden, dwa poziomy emocjonalne wyżej, żeby móc lepiej zrozumieć, wesprzeć, poznać. Schodzimy często z naszego błogostanu, spokoju, radości, czy nawet euforii do czyjegoś smutku, bólu. My kobiety potrafimy niejako wejść w czyjąś skórę, i naprawdę zrozumieć prawdziwe powody takiego czy innego zachowania ludzi. Mężczyźni nawet jeśli potrafią się wzruszyć, to bardziej dlatego, że odzwierciedlają czyjeś emocje, a nie dlatego, że do końca się wczuwają. Owszem są wyjątki, ale jednak nie są one regułą. Oni w większości mają do tego podejście rozumowe i do owego wzruszenia dochodzą inną drogą niż my.



To cudowne prawda? Po prostu mamy inne role w życiu do spełnienia ;)



Kobieta jest też zmienną z innego powodu. A mianowicie dojrzewa przez całe swoje życie i przez to się zmienia. W czasach liceum lubiłam inną muzykę, bardziej rockową, mroczną, inaczej się ubierałam i nie malowałam. Na jeansowe spodnie zakładałam czarną spódniczkę, do tego za krótką bluzkę i buty podobne do bordowych glanów, a błyszczyk, czy bezbarwna pomadkę uważałam za przykrą konieczność. Tak, ja, która teraz bez tuszu na rzęsach czuję się naga i na okrągło mogę słuchać muzyki jaką tworzą Norah Jones, Carlos Santana czy zespół Prawdziwe Perły. A w dodatku kiedyś, choć tak naprawdę niedawno, jeszcze kilka lat temu nie potrafiłam spokojnie rozmawiać używając merytorycznych argumentów podczas dyskusji, która poruszała jakoś głębsze pokłady moich potrzeb, urazów psychicznych z dzieciństwa czy dotyczyła po prostu jakieś bliskiej mi osoby. Teraz jestem spokojniejsza, potrafię wybaczać, potrafię akceptować człowieka (nie akceptując jednocześnie zła, którego się dopuszcza), jestem skłonna na tysiące sposobów tłumaczyć złe zachowanie drugiej osoby, byleby tylko jej nie skreślić. Chcę ratować związki, relacje a nie analizować, czy są dobre (oczywiście poza tymi destrukcyjnymi) dla tych osób z mojego punktu widzenia. Bo liczy się drugi człowiek.


Zmienność, dojrzewanie to również nauka doceniania siebie i oceniania siebie, zadowolenia z tego kim jesteśmy, co osiągnęliśmy. Możemy być szalenie empatyczni w stosunku do innych, a sami siebie nie akceptować (o tym oddzielny post …). Jeśli to stan przejściowy wynikający z okresu dojrzewania, to prawdopodobnie to minie, ale zdarza się, że w dzieciństwie i wczesnej młodości nie słyszeliśmy zbyt dużo słów uznania i przez to nie potrafimy właściwie podejść do naszych wad i zalet. Ba! Czasem tych zalet w ogóle nie dostrzegamy, a przecież każdy/ każda z nas jest piękna i wyjątkowa, jedyna i NAPRAWDĘ NIEPOWTARZALNA!




Zapraszam Cię teraz do zastanowienia się nad zmianami w Twoim życiu, czy ostatnio nastąpiło coś nagłego, spektakularnego, czy może tak jak u mnie niepostrzeżenie pojawiło się kilka zmian i tylko nowe, trudne sytuacje uświadamiają Ci że patrzysz na świat w inny, dojrzalszy sposób? Z jednej strony bardziej odpowiedzialnie, z drugiej bardziej optymistycznie i twórczo. A może te zmiany dopiero przed Tobą? Jeśli tak, to otwórz się na nie. Zaakceptuj siebie taką/takim jaka/i jesteś, na tym etapie Twojego życia i pozwól, aby nowe doświadczenia w pozytywny sposób ukształtowały w tobie drogę do rozwoju. Zastanówmy się też, czy jesteśmy otwarci na zmiany w ludziach, którzy nas otaczają. Czy cieszymy się tymi zmianami, czy się ich boimy? Stopień otwartości to też wskaźnik naszej dojrzałości i świadomości ciągłych zmian w całym otaczającym życiu. Wiec również w naszych znajomych bliższych czy dalszych. Akceptacja decyzji innych i nienarzucanie im swojego zdania, swoich rozwiązań, bo to ich życie a my możemy ich przyjąć i zaprosić do siebie, otworzyć część naszego życia i pokłady naszej uwagi. Możemy też zadecydować o końcu znajomości, o oddaleniu się z ich życia, czy to dobre czy złe? 

Pozwólcie, że ocenę zostawię Wam, można podzielić się spostrzeżeniami w komentarzach ;) 


Ten post, powstał w takiej formie ze względu na mój udział w akcji MGB tematem przewodnim, słowem kluczem jest OTWARTOŚĆ. To ciekawa akcja, która pozwala uzmysłowić nam jak mamy różne spojrzenia na świat, każdy z nas coś innego tworzy i tyle jeszcze możliwości przed nami ;) Jeśli chcecie poznać blizej akcję i wpisy na blogach w ramach tej akcji,  to zapraszam tu.

Powinnam teraz nominować trzy osoby, które piszą blogi i mój wybór padł na:
 1) blog Żona i mąż, autorka we wspaniały, ciepły sposób opisuje małżeńskie zmagania z życiem, radości, nadzieje i dobre chwile szczęścia
2) blog http://wymarzonazona.blogspot.com/ 
3) oraz blog Justyny świeżo upieczonej mamy ślicznej córeczki, której narodziny zmieniły nawet koncepcję bloga szminką malowane

03 lutego 2015

Małżeńskie zamyślenie cz.5 Uniesienia słusznego gniewu znad kosmetyczki

   Wczoraj cały dzień zastanawiałam się nad naszym prawem do sprzeciwu wobec czyjegoś obrażającego nas zachowania. Mam na myśli nas jako kobiety. Czy użycie jednego słowa (oczywiście bez wulgaryzmów), które jednoznacznie wyraża pogardę, niesmak i niepohamowaną niechęć do konkretnej osoby, a właściwie do jej zachowania i postawy życiowej jest dozwolone? Czy mamy potulnie zgadzać się na ostrą krytykę i w ramach chrześcijańskiej miłości pozwolić się obrażać? Jak daleko ma sięgać nasza miłość do ludzi? Gdzie zaczyna się nasze prawo jako kobiet do sprzeciwu bez posądzania o odzieranie krzywdziciela z godności? Gdzie jest granica tolerancji i akceptacji?

  Obudziłam się wczoraj rano i pomyślałam, że to będzie dobry dzień, pełen ważnych zadań do wykonania, pełen pozytywnych emocji, zwieńczający pewien etap, podzieliłam się też moimi (niestety negatywnymi) wrażeniami dotyczącymi historii pewnej publicznej osoby i... zostałam obrażona, bo nie mam prawa jako chrześcijanka do niepozytywnych słów na temat kogoś, kogo zachowanie i życiowa postawa mi jako kobiecie uwłacza. To trudne doświadczenie nauczyło mnie jednak, że nadal w naszym społeczeństwie są osoby, które godność i wartość kobiety widzą w kuchni i w (wyłącznie!) potulnym przyjmowaniu ostrych słów krytyki. Tymczasem JA każdą swoja komórką się z tym nie zgadzam, bo jako kobieta domagam się we wszystkim piękna. I chcę o to walczyć, nie mieczem, ale swoja postawą i słowami. To trudne również dlatego, że zawsze staram się dostrzegać we wszystkich ludziach głębszych przyczyn ich zachowania, więc mimo oburzenia jakie dość jasno wyraziłam, poczułam też współczucie (tak, współczucie dla kogoś kto mi uwłaczał!), bo ten ktoś żyje bez prawdziwej miłości i co więcej prawdopodobnie nigdy jej od nikogo nie doświadczył.

   A wracając do potrzeby dostrzegania piękna i dobra, a może do bycia pięknymi i dobrymi? W „Urzekającej” John pisze, że jeśli kobieta jest spokojna i wyciszona to staje się piękna dla mężczyzny, ale też całą sobą mówi że „wszystko będzie dobrze” i ów mężczyzna może spokojnie przy kobiecie wypocząć, aby kolejne bitwy codzienności mógł zwycięsko staczać. Ale kobieta też chce być piękna, chce by do niej powracano, żeby nie można się było doczekać spotkania z nią, chce by jej poświęcać czas i uwagę. Tak, to jedno z najgłębszych naszych pragnień i jeśli potrafimy się na tę prawdę otworzyć i ją przyjąć, to pozwoli nam to dostrzec, że my same nie jesteśmy dziwne w swoich zachowaniach, fochach, ale niejednokrotnie takie zachowanie wynika z niezaspokojenia tych właśnie potrzeb. 




Mój mąż jak rano staje przed lustrem, to dziwi się, ze codziennie jest coraz bardziej piękny i jemu to wystarcza. A ja patrząc w lustro stwierdzam, że makijaż dobrze wykonany, sińce i pryszcze dobrze ukryte, tusz się nie zgrudkował na rzęsach i ...dopiero jak mąż, czy koleżanka zauważą, że dobrze wyglądam, to czuję się piękna. Gorzej jak nikt nie zauważy :P bo my kobiety przeglądamy się w oczach innych i chcemy być piękne dla samych siebie, ale koniecznie ktoś musi to dostrzec. Zadaniem kobiety jest też wnosić to piękno i dobro do świata. Wczoraj padło pytanie o to co mój negatywny komentarz wnosi dobrego? Otóż wnosi moją walkę (na miarę możliwości) o dobro, piękno i godność innych kobiet, o to by zła nie nazywać innym imieniem w ramach tonowania ostrych słów. Dlaczego? Bo to zło nie zniknie jak zamkniemy oczy. Kobieta bowiem jest kusząca, wrażliwa, czuła, ale bywa też zażarta i gwałtowna w walce o swoje przekonania.




28 stycznia 2015

Małżeńskie zamyślenie cz.4 Przebudzenie śpiącej królewny

Miałam pisać kolejny post o realizowaniu celów, ale wciąż bardzo głęboko przeżywam moje niedawne odkrycie, a mianowicie, że JESTEM KOBIETĄ! Tak, wcześniej tego nie wiedziałam, wcześniej myślałam o sobie jako o dziewczynie, najpierw nastolatce, później w wieku późno-młodzieżowym ;) ale nigdy w kontekście dorosłej, dojrzałej kobiety. Niestety moja mama widziała we mnie zawsze dziecko, nie na zasadzie „ty zawsze będziesz moim dzieckiem” ale „ty jesteś dzieckiem i nie wiesz co dla ciebie dobre, nie mam do ciebie zaufania”. A tymczasem ja kończyłam studia, podejmowałam kolejne prace, angażowałam się w kolejne związki i nadal byłam Nie-kobietą. Takie życie to tylko dryfowanie, bo zostaliśmy, zostałyśmy...hmmm ja zostałam stworzona jako kobieta. Od początku, jeszcze przed narodzeniem byłam już kobietą, maleńką, ale kobietą w zamyśle Stwórcy


Jako kilkuletnia dziewczynka bawiłam się samochodzikami, tak(!) prawie jak chłopczyca. Prawie, bo pomiędzy włażeniem na pobliskie drzewa, a uciekaniem z przedszkola przez własnoręcznie zrobioną dziurę w płocie, urządzałam dla tych samochodzików... przyjęcia i herbatki :P to taki ukłon w stronę teorii gender. Lalek i misiów nie ubierałam w nic celowo, bo nie chciałam, żeby któremuś było przykro, że ma gorsze ubranko. Później w szkole przyszedł czas na strojenie się, makijaż i zdobywanie znajomych, bycie w „paczce”, potem wspaniały czas przyjaźni, dzielenia się dosłownie wszystkim i nauki czytania między wierszami z Beatą, no bo po co mówić skoro wiadomo o co chodzi! A ja wciąż nie wiedziałam, że jestem kobietą! Miałam poczucie, że może kiedyś będę, jak dorosnę, ale to jeszcze nie teraz, może za kilka lat. 

I tak te kilka lat minęło, aż tu nagle budzę się jak jakaś zakichana „śpiąca kralewna” i stwierdzam, że jestem kobietą ;) Że zawsze nią byłam, że absolutnie wszystkie moje decyzje, moje plany, moje dążenia, wątpliwości, kompleksy, niepewności wręcz krzyczą, że byłam i jestem kobietą. A tak naprawdę, to ktoś mnie odkrył, ktoś sprawił, że stałam się „babowata”. Ten ktoś uwolnił mnie z masek bezpieczeństwa, które pozwoliły mi się stać sobą naprawdę. „ Kobieta w obecności dobrego mężczyzny, prawdziwego mężczyzny uwielbia być kobietą. Jego siła pozwala aby, jej kobiece serce rozkwitało” to frg. z”Urzekającej”, o której wspominałam w poście Czy Shrek była kobietą? 
 
Do czasu mojego przebudzenia sama wojowałam z całym światem, z Nim odkryłam, że to On może wojować, bo jemu to lepiej wychodzi, jest po prostu do tego powołany z natury, a ja mogę Mu zaufać. Jedną z oznak mojego przebudzenia było stwierdzenie, że jest osobą, której można siebie powierzyć, tak całkiem, tak do końca, że już nie muszę wszystkiego kontrolować. To zaufanie sprawiło, że poczułam się wolna. Dlaczego? bo tylko człowiek wolny może kochać, tę wolność otrzymałam w prezencie o Tego Trzeciego, który nad nami czuwa. Dzięki temu mogłam sobie pozwolić na łzy, na chwile słabości, na snucie marzeń na głos z nadzieją na ich spełnienie, mogłam skupić się na relacjach z bliskimi i ustawieniu ich na właściwym miejscu, mogłam myśleć o własnej urodzie i nie mieć wyrzutów sumienia, że to próżność. A właśnie, wyrzuty sumienia, to też taka kobieca cecha, bo my ciągle jesteśmy „za mało” idealne, dobre, piękne, szczupłe i „za bardzo” skupione na drobiazgach, uparta, zabiegana, to też z „Urzekającej” Marta pięknie rozwija ten temat w swoim poście ;)

Ja jeszcze jednego doświadczam jako kobieta... mam intuicję! ale zanim odkryłam, że to dar, który trzeba pielęgnować i uważać, żeby nie pomylić czymś innym, to popełniłam kilka kolosalnych błędów. Jednak wychodzę, z założenia, że na błędach się człowiek uczy, więc staram się (za bardzo!) nie zrażać porażkami i odkrywać w sobie kobietę do końca (życia?) ;)


25 stycznia 2015

Małżeńskie zamyślenie cz.3 Czy Shrek była kobietą?

Od wielu dni czy wręcz tygodni zastanawiam się nad rolami jakie pełnię i nad tym od kogo się ich uczę, skąd czerpię informacje o mojej kobiecej tożsamości. Bo przecież tego też się uczymy. Część tylko otrzymujemy w puli genetycznej, a resztę wchłaniamy przez całe życie, dobierając wzorce, które nam bardziej odpowiadają i eliminując to czego nie chcemy u siebie pielęgnować. Zastanawiałaś się jakie kobiety Cię poprzedzały w rodzinie? Po kim odziedziczyłaś niektóre cechy? (Piszę to zwracając się do kobiet, ale czytający mężczyźni mogą zastanowić się skąd ich żony, matki, siostry są takie, a nie inne. To kolejna okazja do zbliżenia się do „tajemnicy kobiecości”) Bo żeby siebie pokochać i zaakceptować do końca, trzeba siebie poznać, swoją indywidualną psychologiczną sylwetkę jako kobiety. Niektóre z nas pochodzą z rodzin gdzie panował patriarchat i kobieta była mocno podporządkowana, z biegiem zmian społecznych zależność od męskiego rodu mogła zanikać, jednak postawa i potrzeba zależności gdzieś na dnie duszy się wciąż tli. (I do tego wątku za chwilę powrócę). Z kolei inne z nas ;) mają w rodzinie prawie same silne, niezależne kobiety, które od zawsze walczyły z całym światem i same musiały zapewnić byt i spokój swoim bliskim. Co jest dla Ciebie bliższe? Czy odnajdujesz się w którejś z tych postaw? Czy Twoja kobieca linia jest z jeszcze innego świata? Przedstawiałam dwie skrajności, a możliwości jest nieskończenie wiele ;) To wspaniale, bo każda z nas jest inna, jedyna, niepowtarzalna i każda ma szansę na kontynuację niesamowitej linii rodu kobiet z jakiej pochodzi, ale ma też szansę być TĄ, która coś zmieni na lepsze i udźwignie odpowiedzialność za kolejne pokolenia kobiet w rodzinie. 

 

W moim domu rodzinnym rządziła mama, bo taty nie było, tak mi się przynajmniej przez długi czas wydawało. A tak naprawdę to taty nie było, bo mama rządziła. Gra słów? Nie, to tylko smutna prawda. Wcześniej rządziła babcia, a jeszcze wcześniej prababcia... Tak, smutny kierat kobiet uwikłanych w małżeństwa, kierowane przez kobietę. Tylko o ile taką dzielność i odpowiedzialność można zrozumieć w pokoleniu kobiet żyjących w okresach wojny. O tyle teraz, to wydaje się nieuzasadnione. Taka niemożność rozstania się z władzą w rodzinie. Ale nie wszystkie kobiety u mnie taką postawę prezentowały, były też kobiety niezależne podróżujące po wojennej Europie i Azji, była też kobieta ślepo ufająca mężowi, który ją zawiódł, ale są też kobiety, które zdobyły samodzielnie zawód, pracowały, poczekały na swoją wielką prawdziwą miłość i pozwoliły aby ONA dalej je kształtowała i wiecie co? Jak się na takie kobiety (już niemłode przecież, bo po 70 r.ż.) spojrzy, to widać ciepło, miłość i spełnienie. Oraz... pogodne pogodzenie się z mijającym czasem. Mam nadzieję, że coś z takiej postawy też mam w genach, albo przynajmniej postaram się wypracować ;) Jednak to mojej mamie bezpośrednio zawdzięczam życie, dobre wychowanie, wiarę (choć może to ostatnie to raczej nie jej zasługa...), obycie z kulturą, zaufanie do ludzi i jeszcze kilka innych istotnych elementów stanowiących o mojej indywidualnej kobiecej tożsamości. Także mimo trudności i barier jakie powstały, a które nie pozwalają na dobre, piękne relacje na linii mataka-córka to czynię w jej stronę ukłon i mówię szczere: DZIĘKUJĘ!!! i KOCHAM CIĘ! I mówię to też symbolicznie do babci i prababci oraz do pozostałych kobiet mojego rodu. Przyjmuję wszystkie dobre cechy, którymi mogę się dzielić i które będę w sobie pomnażać, ale odrzucam to, co uważam za błędne, niewłaściwe, jeśli to posiadam już w swoich zasobach, to dołożę wszelkich starań, aby to zniwelować. Niemniej jednak DZIĘKUJĘ i cieszę się, że to Wy mnie poprzedzałyście i jestem z tego powodu dumna!



W poprzednim poście z serii zamyśleń pisałam o tym jak się odnajduję w roli żony i ten temat nie jest jeszcze wyczerpany, jednak dziś przechodzę do kolejnych ról jakie pełnię: córki i synowej. Z tego co piszę możecie się domyślać, iż pełnić rolę córki jest mi niezwykle trudno, bo wciąż dla matki pozostaję córką-dzieckiem a nie córką – dorosłą kobietą, żoną. Moja mama wybrała inną drogę i muszę to przyjąć, ale rola synowej pozwala mi też czerpać satysfakcję pośrednio jako dorosłej córce ;)

Tak, otrzymałam niesamowity dar wspaniałej teściowej, która potrafi uszanować inność, dorosłość, podzielić się swoimi kłopotami, przeżyciami. Potrafi też ucieszyć się mną!!! Opowiada w kółko o czasach swojej młodości i nie nadążam tego spisywać, aby moje (mam nadzieję przyszłe)dzieci wiedziały coś o swojej przeszłości. Bo nasza przeszłość to nie tylko czas liczony od narodzin, ale również minione pokolenia ludzi żyjących w różnych czasach, to całe bogactwo wiedzy i umiejętności, które otrzymujemy, lub musimy o tą wiedzę zawalczyć.

Podobnie jak rola żony, rola synowej jest dla mnie zupełnie nowa i nieco trudna, nauka mówienia „mamo” to jeszcze pół biedy, wystarczyło kilka tygodni, ale poczuć tą więź, prawdziwość tej relacji, to cudowne odkrycie, ponieważ, jak już pisałam wcześniej, rola dorosłej córki nie jest mi dana, realizuję się więc podwójnie jako córka-synowa. Bardzo się cieszę z nowej mamy, bo być może będę miała kiedyś córkę i chciałabym, żeby odziedziczyła czy nabyła cechy SUPERKOBIETY: ciepła, miłości i otwartości na ludzi jakie posiada moja teściowa :)


Na początku tego postu nakreśliłam dwa skrajne typy kobiet: całkowicie niezależną, dominującą i niepozwalającą odebrać sobie władzy w rodzinie oraz jej przeciwieństwo. Pochodzę z rodziny gdzie przeważał ten pierwszy typ, jednak dążę do czegoś innego. Jestem pewna, że tylko zaufanie mężowi, zgoda na przejęcie przez niego odpowiedzialności za nas może nam pomóc w uzyskaniu harmonii w związku. Kobieta ma służyć i być podporządkowana mężowi, ale nie na zasadzie ślepego poddaństwa, a wyłącznie w formie wspierania męża w decyzjach, bo to kobieta buduje wartość i poczucie odpowiedzialności w mężczyźnie. Kobieta może też to zniszczyć, tworząc z mężczyzny jedynie tragarza, bankomat, organizatora rozrywek itp. Ale czy kobieta prawdziwie kochając pozwoli na zniszczenie w ten sposób drugiego człowieka? Nie, bo miłość buduje, tworzy, tak jak kobieta kochana rozkwita, tak, mężczyzna doceniany, kochany staje się bardziej męski i odpowiedzialny. Kobieta powinna przyjmować, zapraszać, gościć, wzmacniać, podtrzymywać nie tylko życie w sobie, ale w całym świecie w jakim funkcjonuje. W niezwykłej książce J.i S. Eldrege „Urzekająca” autorka pisze: „Prawdziwa kobiecość pobudza prawdziwą męskość”, to mężczyzna ma być bohaterem i walczyć w obronie swojej Pięknej,a nie odwrotnie. W której bajce to księżniczka jedzie na koniu w ciężkiej zbroi żeby walczyć ze smokiem i uwolnić swojego Królewicza? Nawet „Shrek” jest facetem ;) Także drogie kobietki, pozwólmy naszym mężczyznom się wykazać i decydować, owszem ważne decyzje powinny być podejmowane po wspólnym rozważeniu, ale niech Oni wiedzą, że my im ufamy.




18 stycznia 2015

Małżeńskie zamyślenie cz.2 Frustracje młodej mężatki przy prasowaniu

    Zagubienie siebie w natłoku zdarzeń, to chyba dość częste dla współczesnych kobiet. Tempo życia jest nieraz tak zawrotne, że nieraz musimy przystanąć, aby odpocząć i zastanowić się gdzie ja jestem i co dalej. Nieważne, że mamy jasno obrany cel i na nim się skupiamy, to dążenie i realizacja tego celu może nas przytłoczyć albo wręcz przerosnąć. Współczesna kobieta podejmuje się wielu ról życiowych i dobrze, bo jest do tego przygotowywana od dziecka, potrafi fantastycznie ogarnąć wiele problemów naraz i rozwiązać dylematy dnia codziennego ponieważ od zawsze funkcjonuje wielopłaszczyznowo. Mężczyźnie jest nieco (!!!) trudniej, choć też jednocześnie pełni kilka ról społecznych. Jednak aby dobrze wykonać określone zadanie i być z tego zadowolonym musi poświęcić 100% swojej uwagi i zostaje mu 0% na inne czynności. Jest to dla nas kobiet nie doogarnięcia, ale jedyne co nam pozostaje to zaakceptować i pokochać ;) Mężczyzna jak wstaje i myje zęby to może myśleć tylko o tym czy starczy dla niego pasty do zębów. A kobieta widząc końcówkę pasty w tubce od razu przełącza się na tryb „jak temu zaradzić” i kombinuje kiedy i gdzie najlepiej dokonać zakupu i co jeszcze wtedy trzeba uzupełnić w domowych zapasach, a przy okazji to co zrobić na śniadanie i obiad, a skoro już przy obiedzie to czego brakuje i kiedy to dokupić najlepiej i dalej skoro już mowa o obiedzie, to czy sprzątanie zrobić przed gotowaniem ziemniaków, czy w trakcie i ciekawe czy pranie do tego czasu już wyschnie i będzie można zebrać. A skoro już przy praniu jestem, to u teściów trzeba coś z suszarką zrobić, może kupić nową a może da się naprawić, trzeba zadzwonić do ... i coś ustalić i koniecznie dziś lub jutro do południa, bo... i możemy tak długo wymieniać a wszystko to podczas jednego mycia zębów! Z takim natłokiem myślowym funkcjonujemy codziennie. Czy to dobrze czy niekoniecznie, to sprawa otwarta i indywidualna, także nie będę tego oceniać ;)

Zapraszam Cię teraz do zastanowienia się jakie role życiowe Ty już pełnisz, czy się przygotowujesz ? Ja u siebie znalazłam rolę przede wszystkim żony, córki, synowej, przyjaciółki-koleżanki, jednoosobowej grupy wsparcia dla dalszych znajomych, którzy dzwonią tylko jak przydarzy się jakiś problem. Rolę żony pełnię od niedawna i wciąż się jej uczę. Czy być niezależną kobietą wolną tylko zaobrączkowaną? Czy tak powinno być? Czy być podporządkowaną kurą domową, która świata poza mężem i mieszkaniem nie widzi? Czy może coś pośredniego? Jak Ty uważasz? A może to w ogóle nie o to chodzi? 



  Kiedy sprzątam, czy gotuję nie myślę o tym, że jestem uciśniona, biedna w domowym kieracie, tylko żeby w domu było domowo i przyjemnie a obiad smakował, jak mąż wróci z pracy.  Może to dlatego też, że lubię gotować, tworzyć coś z niczego i czuć jak cudowne aromaty rozchodzą się po mieszkaniu. Lubię też organizować wokół siebie ład i porządek. Jak włączam pragnienie, to chcę żebyśmy chodzili czystych i pachnących ubraniach, a nie narzekam na to, że nikt tego nie zrobił za mnie. Kiedy zabieram się za prasowanie...hmmm z tym to jest nieco gorzej. I nie dlatego, że nie lubię prasować, wręcz przeciwnie, dużą radość sprawia mi prasowanie koszul mężowi, jednak żelazko bardzo mnie frustruje, tak żelazko, a nie prasowanie :) na szczęście mąż pospieszył ostatnio na ratunek i dokonaliśmy zdumiewającego technologicznego odkrycia, które ma zaradzić mojej irytacji! Dlatego właśnie warto czasem zagonić mężczyzn do prac domowych, bo nawet do prozaicznego prasowania potrzebują instrukcji obsługi urządzenia. 
 
Dlaczego jako żona wykonuję większość rzeczy w domu i nie oczekuję wyręczenia, bo to takie nowoczesne? Bo modne są związki partnerskie, gdzie równo się dzielimy obowiązkami? Bo kocham i nie oczekuję podziękowań za uczucie, a jak kocham to uczę się służyć. I nie mam na myśli podejścia wielu mężczyzn „służka- wyłaź spod łóżka”, mam na myśli robienie i wykonywanie czynności domowych z myślą, żaby Jemu było lepiej, żeby nie musiał się martwić, żeby wiedział, że coś zostało zdjęte z jego poczucia odpowiedzialności. Tak, bo to mężczyźni są odpowiedzialni za cały dom i za wspólne życie :) I chwała im za to! Możemy w sprytny sposób przekazać, delegować jakieś obowiązki, bo akurat łatwiej będzie nam ogarnąć resztę jeśli się podzielimy, ale nie strzelajmy focha, bo coś jest nie zrobione, a przecież widać... No stoi pranie na suszarce od 4 dni i On nie widzi, no przecież samo się nie zbierze i nie wejdzie do szafy, Jemu nie przeszkadza mimo, kilka razy dziennie musi tą pełną suszarkę przestawić, żeby przejść przez nasze minimieszkanko ;) Ech... Pamiętam, że zapytałam czy mógłby mi pomóc i złożyć ten jakże niezbędny sprzęt domowy, uprzednio chowając ubrania do szafki. I tu nie było problemu, jak zwykle zresztą. Wystarczyło tylko powiedzieć ;) Także nie róbmy z siebie męczennic, które muszą same wszystko w domu zrobić, a jak mężczyzna czegoś nie potrafi, to... się nauczy! Na wszystko jest potrzebny czas i rozmowa, rozmowa, i jeszcze raz MIŁOŚĆ.

Constanza Miriano  w książce "Wyjdź za mąż i poddaj się. Ekstremalne przezycia dla nieustraszonych kobiet" genialnie opisuje przemianę jaką muszą dokonać małżonkowie ryzykujący wspólne życie. Proces wychodzenia z domu i wrastania w nowe role, nowe pozycje. Nie narzekajmy na to, że dla rodziców, babć, rodzeństwa czy niektórych bliskich osób zostaniemy małymi dziećmi, którymi trzeba kierować, które należy tresować. Po ślubie trzeba odrzucić taką uniżoną postawę, wyprostować się i zacząć żyć własnym życiem. Nawet czasowo całkowicie się odcinając od bliskich, którzy nie akceptują nas, naszego małżeństwa, naszego dorastania. To podobno dojrzałość. 
 
Na dziś to tyle w kolejnych postach zatrzymam się nad kolejnymi rolami jakie pełnię i co ostatnio odkryłam :)


09 stycznia 2015

(Za)gruba akceptacja siebie


Ostatnio dość popularne jest dzielenie się informacjami jak to super ekstra spędzamy czas na joggingach, siłowniach, solariach. Jak wspaniale troszczymy się o siebie, próbujemy nowe drogie kosmetyki, nowe diety.
A wszystko po to by, dobrze się czuć, bo dobrze się wygląda. Problem polega na tym, że tak rozpoczyna się niebezpieczna spirala, wartościujemy siebie poprzez własny wizerunek. Tego wymaga od nas rzeczywistość, świat,
w którym żyjemy, tymczasem u podłoża takiego błędnego myślenia leży brak akceptacji i miłości do siebie, głęboko skrywane kompleksy czy zapomniane zranienia. Zranienia poprzez np. złe sowa słyszane od rodziców czy innych bliskich nam ludzi. Zranienia przez odrzucenie w szkole i brak pomocy i wsparcia dorosłych. Takie rzeczy odbijają się na późniejszej dorosłości. A wracając do akceptacji Marta trafnie zauważyła „funkcjonujemy całościowo”. Zaakceptujmy siebie, bo każdy z nas jest dobry! Mamy krzywy nos, zeza, nadwagę, czy wyglądamy jak wieszak...
ale cóż z tego skoro każdy jest dobry i piękny!
Czy to próżność? Czy nasze chrześcijańsko-(niemal)purytańskie podejście nie narzuca nam, że to złe chcieć się doskonalić również w wyglądzie zewnętrznym? Choćby właśnie poprawiając swoją urodę. Otóż nie! Mamy za zadanie dbać o siebie, o swoje ciało i duszę, czyli malując się, chodząc do fryzjera, biegając czy stosując dietę nie możemy zapomnieć o rozwoju poprzez czytanie, film, teatr, podróże, poznawanie nowych ludzi, udział w ciekawych prelekcjach itp. Co Ty robisz, aby rozwijać siebie?
JA właśnie zaczynam walkę o zdrowie i wagę. Nie chodzi o błędne podejście do wagi i odchudzanie się „z kości na ości” jak to jest dziś w modzie. Tu chodzi o moje zdrowie o sprawność kręgosłupa i kolan, aby móc chodzić po górach czy na dłuższe, piesze wycieczki i aby normalnie funkcjonować. Oprócz diety, codzienne ćwiczenia w domu i wyjście na dłuższy spacer. Nie mam wagi, ale pomiary będę robić centymetrem co tydzień i zobaczymy jaki będzie rezultat. Poniżej zdjęcie sprzed około 1,5 miesiąca.


1stycznia dokonałam mierzenia, dziś o 3 cm mniej, ale to może być mylne, bo np. utrata wody może powodować zmniejszenie tu i ówdzie obwodów ;)
Na zakończenie chcę się jeszcze podzielić wrażeniami po wczorajszym spacerze. Spacer...to może być mylące dla niektórych. O 17.00 wyruszyliśmy z kijkami trekingowymi, ciepło ubrani na 10,5 km wędrówkę za miasto koło poligonu. Niby nic, ale przez 3/4 drogi nie ma oświetlenia lamp miejskich i dodatkowo cały czas towarzyszył nam silny wiatr (ok30km/h). Ach, cudowne uczucie wspólnego zmęczenia!


07 stycznia 2015

Radość ze spotkania


Nasze zadanie kochania siebie, bliźnich i nieprzyjaciół sprowadza się do budowania relacji z ludźmi. Oczywiście na wzór boskiego ideału, jednak jako zwykli śmiertelnicy możemy mieć z tym trudności. Czy chodzi tylko o powierzchowny kontakt potrzebny do codziennego funkcjonowania? Czy do budowania dobrych relacji wystarczy codziennie zadać kilka zdawkowych pytań, na których wysłuchanie odpowiedzi już nie mamy czasu czy nawet ochoty? Czy po wielu kursach komunikacji i aktywnego słuchania mamy już tylko parafrazować rozmówcę i być dumni i bladzi, że prowadzimy długą konwersację? Cały problem polega na tym, że teraz nasi znajomi sąsiedzi, czy nawet O ZGROZO! Krewni nas naprawdę nie znają, nie wiedzą co nam w duszy gra, o czym naprawdę marzymy, co dla nas ważne, jak przeżywamy problemy i codzienne radości. Moja ulubiona SUPERBOHATERKA Ania z Zielonego Wzgórza wszędzie szukała „pokrewnej duszy”, w każdym nowo poznanym człowieku szukała pokrewnej duszy, szukała kogoś z kim znajdzie wspólny język, nie było tych osób za dużo, ale wciąż każdego traktowała tak samo, otwierała się i czekała aż ktoś po drugiej stronie też odsłoni przed nią swoje prawdziwe oblicze.


Dla mnie też drugi człowiek jest niezwykle ważny, odkrywanie jaki ten ktoś jest, co go ciekawi, co smuci, jakie ma tajemnice, jaką przeszłość i jak sobie z nią poradził... To jest fascynujące! Uwielbiam usiąść czasem w kawiarni przy ruchliwej ulicy i obserwować przechodniów, widać wtedy całe wachlarze osobowości, emocji. Żałuję że nie można podjeść do tych ludzi zapytać się kim naprawdę są. Hmm... przesadziłam, nie żałuję ale raz na jakiś czas dostrzegam kogoś kogo chętnie poznałabym bliżej, bo coś mnie ujęło w tej postaci.
Na co dzień w całym zabieganiu brakuje czasu by ucieszyć się drugim człowiekiem, spotkaniem z nim, tym, że nas wpuścił do swojego świata i opowiedział o aktualnych sprawach, którymi żyje. Dobrze też czasem wpuścić przyjaciela do mojego/naszego świata i podzielić się radościami, bo pozytywne emocje jeśli się nimi z kimś podzielimy to mają tę niezwykłą właściwość, że się mnożą, a w zasadzie po prostu zostają
z nami na dłużej co nas uszczęśliwia. A przecież każdy z nas chce być szczęśliwy.

 
Zapraszam Cię teraz, abyś usiadł czy usiadła przy kubku dobrej herbaty lub kawy i zastanowił/a się nad tym jakie są Twoje relacje. Ilu masz dobrych, bliskich znajomych, przyjaciół? I proszę zrób to bez pomocy facebooka, twitera czy naszej klasy. Chodzi o osoby, z którymi się często widujesz, z którymi rozmawiasz, które chciałbyś widzieć zaraz po przeżyciu jakieś trudności, aby z nim/nią się tym podzielić. Czy te relacje polegają na Twojej aktywności i czerpaniu z tego jak najwięcej, czy tylko Ty opowiadasz co się działo? Jak reagujesz na czyjeś sprawy, problemy? Czy te wiadomości przelatują koło Twoich uszu
i czekasz aż ktoś skończy opowiadać, abyś znowu Ty mógł mówić o sobie? Ja wprawdzie nie łapię się na tym, ale zdarza się, że jak ktoś coś opowiada to ja już spieszę z dobrą radą co w danej sytuacji należałoby zrobić. Już na końcu języka mam kilka rozwiązań... A tymczasem trzeba poczekać, wysłuchać, dopytać czy dobrze zrozumieliśmy, dać do zrozumienia jak ważne są dla nas słowa i emocje przyjaciela.
A dlaczego? Bo kochamy! Tak uczucie przyjaźni, więź koleżeńska to też miłość. A jeśli kochamy to skupiamy się na drugim człowieku zapominając o sobie, bo nasze poczucie szczęścia samo się buduje poprzez wspieranie tych których kochamy.