Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akceptacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akceptacja. Pokaż wszystkie posty

13 marca 2015

Małżeńskie zamyślenie: cz.7 O potrzebie bycia kochaną.

  Jest gdzieś w nas, nieraz bardzo głęboko taka potrzeba zauważenia i akceptacji, potrzeba bycia lubianą i potrzebną, przeogromna potrzeba bycia kochaną. Chcemy wiedzieć, że ktoś robi coś wyłącznie dla nas, z myślą o nas. Dopiero przez taką postawę, takie podejście czujemy się naprawdę kochane. Niezwykle ważne jest obdarowywanie nas drobiazgami typu kwiaty, czekoladki, kartki ze słowami „To dla Ciebie”, „Kupiłem/zrobiłem to dla Ciebie”. To umacnia nas, takie niedoskonałe, nieidealne w przekonaniu (jakże często zbyt wątłym!), że mimo wszystko jesteśmy ważne i kochane. To takie proste! Dlaczego? Bo bazuje na naszych podstawowych potrzebach. Ja osobiście wyłamuję się nieco z piramidy potrzeb Maslowa i stwierdzam, że długo mogę niedojadać, niedopijać i niedosypiać, ale MUSZĘ wiedzieć i czuć, że jestem kochana i potrzebna. Dopiero na tym buduję moje poczucie bezpieczeństwa i mogę myśleć o dobrym obiedzie, o własnej wartości, o nauce czy o tym czy ten obiad dobrze wygląda.


  
 Ostatnio dostałam od męża batoniki na … przerwę podczas wykładów z teorii prawa jazdy ;) po jednym na każdy dzień. To nic, że te wykłady trwają 2-3 godzin, a przerwa do 5 min, to nic, że jadę tam najedzona ciepłym obiadem, ale przecież wykłady z pewnością są takim wydatkiem intelektualno - energetycznym, że z pewnością grozi mi niebywała utrata sił i jak ja biedna wrócę do domu w takim stanie :P No więc dostałam batony i bardzo się ucieszyłam, ale nie ze słodyczy i bakalii jakie zawierały, tylko z tego, że On kupował coś specjalnie dla mnie. Bo kocha, bo myśli i pamięta.

  

  Czy da się tu zauważyć jakąś logikę? Tak, ale typowo kobiecą :) Rozum swoje, emocje swoje, a uczucia wewnątrz to zupełnie inna historia. Tu nie chodzi o nasze zwykłe codzienne poświęcenia dla wspólnego dobra, codzienne drobne rezygnacje z siebie (albo z czegoś dla siebie), ale o drobnostki, które pokażą tej drugiej ukochanej połówce o naszym przywiązaniu, o tym, że wiemy, że dla niej coś jest ważne i właśnie dlatego to coś jej ofiarujemy. Piszę w formie dla kobiet celowo, bo mężczyźni z reguły nieco inaczej odczuwają takie potrzeby, w innym stopniu. To my jesteśmy (nad)wrażliwe i jeśli nie zaspokoimy potrzeby bycia, kochaną, to wszystkie nasze osiągnięcia, całe nasze życie wydaje nam się mniej kolorowe i suche. Constanza Miriano w książce „ Poślub ją i bądź gotów dla nie umrzeć” pięknie porównuje rolę mężczyzny. Mianowicie pełni on rolę wycieraczek, które ułatwiają nam oglądanie świata przez przednią szybę. Czasem niby świeci słońce, ale szyba jest tak brudna, że nic nie widać, wtedy On włącza spryskiwacz i oczyszcza nam spojrzenie – batonami! Jednocześnie podczas ulewy jest po prostu niezbędny, bez jego pomocy nie pojedziemy w świat, nic nie zrobimy, nie załatwimy, bo nic byśmy nie widziały.
Spotkanie mojego przyszłego męża sprawiło, że niepostrzeżenie życie wywróciło mi
się do góry nogami, a właściwie, to tylko (albo aż) wszystko poprzemieszczało się w inne miejsca, czasem nabrało innej wartości, a czasem zostało zdegradowane i całkiem zniknęło. Po ślubie Jego obecność pozwoliła mi na nowo ułożyć siebie i nasz świat, co z kolei umożliwia wykluwanie się niecodziennym pomysłom, i realizowaniu ich, co wcześniej absolutnie było nierealne. Bez takich wycieraczek moje życie byłoby nierealne, choć wykonalne.

08 marca 2015

Raniąca potęga słów czyli o tym czy jestem leniwa.

   Niedawno na ulicy zobaczyłam matkę, która do swojej kilkuletniej córki mówiła „Jesteś okropna, przez Ciebie zawsze się spóźniam”. Nie mam zielonego pojęcia o co chodziło, ale dziewczynka była słodka, uśmiechnięta i ze wszystkich sił starała się nadążyć swoimi krótkimi nóżkami za matką, która prawie biegła wciąż wydłużając krok. Ten widok przypomniał mi jak silnie działają na nas słowa, jak nieraz miażdżący efekt wywierają w psychice każdego, każdej z nas (a co dopiero dziecka!). Są słowa raniące, gdy wypowiada się je raz i są inne, niby o mniejszym natężeniu negatywnym, ale wypowiadane wielokrotnie przez osobę nam bliską, dotkliwie upośledzają nasze poczucie własnej wartości. 


 
   Jak to wyglądało u Was? Czy rodzice wspierali Was i budowali, czy wręcz przeciwnie? Pytam, bo u mnie było różnie. Jak już Wiecie z postu o śpiącej królewnie, mama nie budowała mnie jako kobiety, ale ciągle wmawiała mi, że mam talent malarski (który ku jej rozpaczy marnuję), że jestem niezwykle zdolna (tylko leniwa!) i HIT! że mam dobre serce i dlatego dobieram sobie… kiepskich znajomych. Czyli były komunikaty pozytywne, było wsparcie, były oczekiwania, które miały (!) pomóc w osiąganiu w życiu więcej. Tak, to wszystko było, ale jednocześnie wciąż słyszałam, że coś marnuję, czegoś nie wykorzystuję, że mam kiepski gust i że jestem leniwa. To ostatnie to było moje przekleństwo. To jest to słowo, to określenie, które mnie tłamsiło. Sprawiało, że nic nie chciałam robić, bo jestem… leniwa. No, w końcu trzeba było zasłużyć na to określenie :P  
  A to „nicnierobienie” przejawiało się jako czytanie ogromnych ilości książek, uczestniczenie w przeróżnych warsztatach, wolontariatach, wyjazdach w góry, na kajaki, na żagle itp. Czyli „naprawdę” leżałam na tapczanie do góry brzuchem i liczyłam plamy na suficie :P 


Leniwe wyszły!!!  ;)

 
   Ale wracając do słów, które są potężną bronią i jeśli celnie je ktoś zada, może zablokować nasz rozwój, nasze życie na wiele lat. Co ta mała dziewczynka dowiadywała się w tym dniu, a może i w każdym innym też? Że JEST OKROPNA i że TO JEJ WINA, ŻE MAMIE COŚ NIE WYCHODZI. A przecież to mama jako dorosła odpowiada za organizację czasu i swojego, i dziecka!
  Zapraszam Cię teraz do zastanowienia się nad tym jakie słowa Ciebie zraniły i zamknęły? Kto je wypowiedział i dlaczego ta opinia była przez Ciebie postrzegana jako ważna? A może jeszcze nie usłyszałeś, że jesteś dobry, piękny, wartościowy, że masz wiele możliwości i od Ciebie tylko zależy co będziesz w życiu robić? Skąd o tym wiem? Bo On jest dobry i dał nam wolną wolę. Bo to On uważa, że jesteśmy piękni i doskonali i … kim my jesteśmy żeby podważać Jego zdanie? ;)
   Jeśli nadal masz wątpliwości, to proponuję pewne ćwiczenie (tylko trzeba je wykonywać codziennie przez 2 minuty, przez około 3 tygodnie): stań przed lustrem, takim dużym, a jeśli nie masz, to przed witryną, szybą albo innym swoim odbiciem i powtarzaj, patrząc sobie prosto w oczy komplementy np.: pięknie wyglądasz, jesteś dobra/y, potrafisz się dobrze umalować, świetna fryzura, doskonale radzisz obie w pracy itd. Co to da? Przede wszystkim rozpocznie proces odczarowania złych słów, ich negatywny wpływ na Ciebie się zmniejszy i zaczniesz dostrzegać swoje nowe(choć istniejące w Tobie od dawna!) zalety i szanse jakie przed Tobą się pojawiają. Śmieszne? Bardzo:) ale działa!




Zatem do dzieła! Dziś dzień kobiet, a może i Twój nowy początek?


02 marca 2015

Toksyczne relacje cz.1

  Wciąż powracam do jakości naszych zwykłych kontaktów. Zastanawiam się jak to się dzieje, że nie zadowalają mnie gadki tylko o pierdołach, a wkurzają rozmowy prowadzące do narzekania na rzeczywistość, na życie, na męża, chłopaka, na rodziców, dzieci, pracę... Często w rozmowach wchodzimy albo dajemy się wciągać w dywagacje na temat tego, że ktoś powinien tak czy inaczej postępować. Te moje dzieci tak źle sobie radzą, a mąż to tylko przed telewizorem leży i nic nie robi, nawet talerza nie odniesie do kuchni... I żeby to była jedna czy dwie takie rozmowy, to można by jeszcze zrozumieć (w ramach terapeutycznego podejścia do ludzi). Ale nie! Z reguły to każde spotkanie zmierza właśnie w tym kierunku. Ciągłe wałkowanie tematu do niczego nie prowadzi. Ale czy prawdziwa miłość polega na tym, że kogoś zmieniamy i dopasowujemy do siebie? Czy konieczne jest zmienianie czyichś przyzwyczajeń, które niekoniecznie są błędne, ale po prostu inne? Czy nasi rodzice, czy dzieci są tacy uparci, nieznośni, że nie da się wytrzymać? A może po prostu mają inne zdanie i należałoby je uszanować? Jeśli chodzi o dzieci, to pewnie wszystko zależy od ich wieku, ale w przypadku rodziców, to dlaczego mieliby oni postępować, tak jak my sobie tego życzymy? Bo to logiczne? Dobre? Może i tak ale dla kogo? Jeśli oni podejmują jakąś decyzję, to dokonują określonego wyboru. Pozwólmy im zatem ponosić również i konsekwencje tychże wyborów. To trudne? Tak!!! Nawet bardzo! ale jeśli jesteśmy dorośli, to powinniśmy rozróżnić nasze życie od ich drogi. 

 Już wiecie, że mam nieciekawą relację z mamą, ale niedawno odkryłam analogię postępowania z nią w stosunku do rodziców wychowujących dzieci. Jeśli czegoś dziecku zabraniamy, bo jako dorośli potrafimy przewidzieć nie tylko bliższe, ale i dalsze konsekwencje działań, to podołajmy w utrzymaniu wymierzanej kary, sankcji. Nie litujmy się pod wpływem pięknego uśmiechu niewinnych oczek ;) dla dobra malucha trzeba być konsekwentnym. Tak samo z rodzicami, jeśli mówimy, że coś postanowiliśmy, coś robimy, do czegoś dążymy, to nie zmieniajmy zdania pod wpływem ich manipulacji (Łatwo mi się pisze, a sama ulegam teściowej jak wymusza przyjście na kawę czy obiad :P). To manipulacja w miarę nieszkodliwa, jednak najczęściej występuje u wielu rodziców taka, która rozbija nas, nasze życie, nasze związki.
  Zapraszam Cię teraz do zastanowienia się czy wśród twoich znajomych, rodziny może przyjaciół jest ktoś, kto ma taką toksyczną postawę? Czy jest ktoś, kto przez swoje zachowanie, opowieści odbiera Ci energię, nie pozwala dobrze przeżywać pozostałych relacji i w ogóle życia. To może być pozornie najbliższy przyjaciel, ktoś z rodziny bliższej lub dalszej, kolega/koleżanka w pracy, sąsiad. Często kogoś takiego nie możemy wyeliminować z otoczenia, ale wystarczy wiedzieć o tym jak na nas wpływa, by rozpocząć proces budowania bariery o specyficznych właściwościach. Ta bariera nie powinna pozwalać na docieranie do naszej psychiki, do naszego wnętrza negatywnej siły słów tej osoby, przy jednoczesnej przepuszczalności naszych dobrych emocji. Tak, bo powinniśmy wciąż tę osobę otaczać miłością i dobrem. 
 

  A wracając jeszcze do narzekania i wałkowania trudnych tematów. Jeszcze w narzeczeństwie musiałam rozpocząć żmudną naukę kończenia sporów, kłótni. Kusiło mnie, żeby „temat” przeżywać i przeżuwać, jak starą skarpetę, porównywać do innych sytuacji, przywoływać poprzednie kłótnie, bo to się przecież ze sobą wiąże... Jakie to kobiece prawda? Takie emocjonowanie się każdą przykrą chwilą. Jednak zrozumiałam, że w rzeczywistości, to do niczego nie prowadzi, a może jedynie ranić, tę drugą najbliższą osobę, może umniejszać Jego zaangażowanie w imię moich poronionych ambicji bycia idealną w idealnym związku. I o zgrozo! Rani też mnie! Teraz już tego prawie nie ma, ale nadal muszę pamiętać, że wałkowanie tematu, który już został omówiony, zamknięty i przebaczony jest ZŁE, ZGUBNE i naprawdę NISZCZĄCE!
To też toksyczne zachowanie, zatem eliminujmy ze swojego życia takie postawy zarówno u siebie, jak i u ludzi, wśród których żyjemy. Dojrzewanie do budowania zdrowych relacji to przecież nasze powołanie ;)



Dzisiejszy post to początek małej serii tekstów o toksycznych ludziach wokół mnie. Jestem pewna, że wokół Was również są takie osoby i w jakiś sposób nie pozwalają Wam cieszyć się każdym aspektem życia w pełni. Pora to zmienić!


07 lutego 2015

Otwartość na zmiany te duże i te małe, ale codzienne

Czy lubicie w życiu zmiany, niespodzianki? Ja kiedyś uwielbiałam, potem zaczęłam się ich bać, lubiłam jak wszystko było przewidywalne, znajome, jak nie trzeba było się bać niespodzianek codzienności. Potem pojawił się u nas okres wszelkiego rodzaju trudności. I zaczęliśmy się z mężem bać pytania: „Panie Boże i co jeszcze?” bo zaraz potem wyskakiwał kolejny problem. Ten etap powoli za nami, a może przyzwyczailiśmy się do ciągłych zmian. W końcu inteligencja to też zdolność szybkiego przystosowania się do zmieniających warunków (nieważne, że to chyba chodzi o klimat :P), a w końcu uważamy się za (w miarę) inteligentnych ludzi.


Podobno kobieta zmienną jest. Czyli otwartość na zmiany leży w naszej naturze? Takie określenie wynika przede wszystkim z cyklicznego wpływu hormonów na psychikę kobiety. Swoją drogą ciekawe, który mężczyzna wytrzymałby tak częste huśtawki nastrojów i wewnętrznych stanów emocjonalnych dłużej niż kilka dni? :)
Zmienność nasza wynika też z umiejętności wczuwania się w sytuacje innych ludzi. Jeśli przyjaciółka opowiada nam o swoich problemach, to nie kiwamy głowami i nie mówimy prostego „OK”, tylko drążymy temat, pytamy jak ona się czuje, czy możemy pomóc, porównujemy inne podobne sytuacje, o których wiemy, bo może tamte rozwiązania i tu się sprawdzą, a wszystko to dlatego, że dostosowujemy swoje emocje do osoby, z którą rozmawiamy chcąc jej pomóc na nasz jedyny w swoim rodzaju kobiecy sposób. Nie wpadamy od razu w depresję, nie zalewamy się łzami współczucia, ale jesteśmy (TYLKO!) o jeden, dwa poziomy emocjonalne wyżej, żeby móc lepiej zrozumieć, wesprzeć, poznać. Schodzimy często z naszego błogostanu, spokoju, radości, czy nawet euforii do czyjegoś smutku, bólu. My kobiety potrafimy niejako wejść w czyjąś skórę, i naprawdę zrozumieć prawdziwe powody takiego czy innego zachowania ludzi. Mężczyźni nawet jeśli potrafią się wzruszyć, to bardziej dlatego, że odzwierciedlają czyjeś emocje, a nie dlatego, że do końca się wczuwają. Owszem są wyjątki, ale jednak nie są one regułą. Oni w większości mają do tego podejście rozumowe i do owego wzruszenia dochodzą inną drogą niż my.



To cudowne prawda? Po prostu mamy inne role w życiu do spełnienia ;)



Kobieta jest też zmienną z innego powodu. A mianowicie dojrzewa przez całe swoje życie i przez to się zmienia. W czasach liceum lubiłam inną muzykę, bardziej rockową, mroczną, inaczej się ubierałam i nie malowałam. Na jeansowe spodnie zakładałam czarną spódniczkę, do tego za krótką bluzkę i buty podobne do bordowych glanów, a błyszczyk, czy bezbarwna pomadkę uważałam za przykrą konieczność. Tak, ja, która teraz bez tuszu na rzęsach czuję się naga i na okrągło mogę słuchać muzyki jaką tworzą Norah Jones, Carlos Santana czy zespół Prawdziwe Perły. A w dodatku kiedyś, choć tak naprawdę niedawno, jeszcze kilka lat temu nie potrafiłam spokojnie rozmawiać używając merytorycznych argumentów podczas dyskusji, która poruszała jakoś głębsze pokłady moich potrzeb, urazów psychicznych z dzieciństwa czy dotyczyła po prostu jakieś bliskiej mi osoby. Teraz jestem spokojniejsza, potrafię wybaczać, potrafię akceptować człowieka (nie akceptując jednocześnie zła, którego się dopuszcza), jestem skłonna na tysiące sposobów tłumaczyć złe zachowanie drugiej osoby, byleby tylko jej nie skreślić. Chcę ratować związki, relacje a nie analizować, czy są dobre (oczywiście poza tymi destrukcyjnymi) dla tych osób z mojego punktu widzenia. Bo liczy się drugi człowiek.


Zmienność, dojrzewanie to również nauka doceniania siebie i oceniania siebie, zadowolenia z tego kim jesteśmy, co osiągnęliśmy. Możemy być szalenie empatyczni w stosunku do innych, a sami siebie nie akceptować (o tym oddzielny post …). Jeśli to stan przejściowy wynikający z okresu dojrzewania, to prawdopodobnie to minie, ale zdarza się, że w dzieciństwie i wczesnej młodości nie słyszeliśmy zbyt dużo słów uznania i przez to nie potrafimy właściwie podejść do naszych wad i zalet. Ba! Czasem tych zalet w ogóle nie dostrzegamy, a przecież każdy/ każda z nas jest piękna i wyjątkowa, jedyna i NAPRAWDĘ NIEPOWTARZALNA!




Zapraszam Cię teraz do zastanowienia się nad zmianami w Twoim życiu, czy ostatnio nastąpiło coś nagłego, spektakularnego, czy może tak jak u mnie niepostrzeżenie pojawiło się kilka zmian i tylko nowe, trudne sytuacje uświadamiają Ci że patrzysz na świat w inny, dojrzalszy sposób? Z jednej strony bardziej odpowiedzialnie, z drugiej bardziej optymistycznie i twórczo. A może te zmiany dopiero przed Tobą? Jeśli tak, to otwórz się na nie. Zaakceptuj siebie taką/takim jaka/i jesteś, na tym etapie Twojego życia i pozwól, aby nowe doświadczenia w pozytywny sposób ukształtowały w tobie drogę do rozwoju. Zastanówmy się też, czy jesteśmy otwarci na zmiany w ludziach, którzy nas otaczają. Czy cieszymy się tymi zmianami, czy się ich boimy? Stopień otwartości to też wskaźnik naszej dojrzałości i świadomości ciągłych zmian w całym otaczającym życiu. Wiec również w naszych znajomych bliższych czy dalszych. Akceptacja decyzji innych i nienarzucanie im swojego zdania, swoich rozwiązań, bo to ich życie a my możemy ich przyjąć i zaprosić do siebie, otworzyć część naszego życia i pokłady naszej uwagi. Możemy też zadecydować o końcu znajomości, o oddaleniu się z ich życia, czy to dobre czy złe? 

Pozwólcie, że ocenę zostawię Wam, można podzielić się spostrzeżeniami w komentarzach ;) 


Ten post, powstał w takiej formie ze względu na mój udział w akcji MGB tematem przewodnim, słowem kluczem jest OTWARTOŚĆ. To ciekawa akcja, która pozwala uzmysłowić nam jak mamy różne spojrzenia na świat, każdy z nas coś innego tworzy i tyle jeszcze możliwości przed nami ;) Jeśli chcecie poznać blizej akcję i wpisy na blogach w ramach tej akcji,  to zapraszam tu.

Powinnam teraz nominować trzy osoby, które piszą blogi i mój wybór padł na:
 1) blog Żona i mąż, autorka we wspaniały, ciepły sposób opisuje małżeńskie zmagania z życiem, radości, nadzieje i dobre chwile szczęścia
2) blog http://wymarzonazona.blogspot.com/ 
3) oraz blog Justyny świeżo upieczonej mamy ślicznej córeczki, której narodziny zmieniły nawet koncepcję bloga szminką malowane

03 lutego 2015

Małżeńskie zamyślenie cz.5 Uniesienia słusznego gniewu znad kosmetyczki

   Wczoraj cały dzień zastanawiałam się nad naszym prawem do sprzeciwu wobec czyjegoś obrażającego nas zachowania. Mam na myśli nas jako kobiety. Czy użycie jednego słowa (oczywiście bez wulgaryzmów), które jednoznacznie wyraża pogardę, niesmak i niepohamowaną niechęć do konkretnej osoby, a właściwie do jej zachowania i postawy życiowej jest dozwolone? Czy mamy potulnie zgadzać się na ostrą krytykę i w ramach chrześcijańskiej miłości pozwolić się obrażać? Jak daleko ma sięgać nasza miłość do ludzi? Gdzie zaczyna się nasze prawo jako kobiet do sprzeciwu bez posądzania o odzieranie krzywdziciela z godności? Gdzie jest granica tolerancji i akceptacji?

  Obudziłam się wczoraj rano i pomyślałam, że to będzie dobry dzień, pełen ważnych zadań do wykonania, pełen pozytywnych emocji, zwieńczający pewien etap, podzieliłam się też moimi (niestety negatywnymi) wrażeniami dotyczącymi historii pewnej publicznej osoby i... zostałam obrażona, bo nie mam prawa jako chrześcijanka do niepozytywnych słów na temat kogoś, kogo zachowanie i życiowa postawa mi jako kobiecie uwłacza. To trudne doświadczenie nauczyło mnie jednak, że nadal w naszym społeczeństwie są osoby, które godność i wartość kobiety widzą w kuchni i w (wyłącznie!) potulnym przyjmowaniu ostrych słów krytyki. Tymczasem JA każdą swoja komórką się z tym nie zgadzam, bo jako kobieta domagam się we wszystkim piękna. I chcę o to walczyć, nie mieczem, ale swoja postawą i słowami. To trudne również dlatego, że zawsze staram się dostrzegać we wszystkich ludziach głębszych przyczyn ich zachowania, więc mimo oburzenia jakie dość jasno wyraziłam, poczułam też współczucie (tak, współczucie dla kogoś kto mi uwłaczał!), bo ten ktoś żyje bez prawdziwej miłości i co więcej prawdopodobnie nigdy jej od nikogo nie doświadczył.

   A wracając do potrzeby dostrzegania piękna i dobra, a może do bycia pięknymi i dobrymi? W „Urzekającej” John pisze, że jeśli kobieta jest spokojna i wyciszona to staje się piękna dla mężczyzny, ale też całą sobą mówi że „wszystko będzie dobrze” i ów mężczyzna może spokojnie przy kobiecie wypocząć, aby kolejne bitwy codzienności mógł zwycięsko staczać. Ale kobieta też chce być piękna, chce by do niej powracano, żeby nie można się było doczekać spotkania z nią, chce by jej poświęcać czas i uwagę. Tak, to jedno z najgłębszych naszych pragnień i jeśli potrafimy się na tę prawdę otworzyć i ją przyjąć, to pozwoli nam to dostrzec, że my same nie jesteśmy dziwne w swoich zachowaniach, fochach, ale niejednokrotnie takie zachowanie wynika z niezaspokojenia tych właśnie potrzeb. 




Mój mąż jak rano staje przed lustrem, to dziwi się, ze codziennie jest coraz bardziej piękny i jemu to wystarcza. A ja patrząc w lustro stwierdzam, że makijaż dobrze wykonany, sińce i pryszcze dobrze ukryte, tusz się nie zgrudkował na rzęsach i ...dopiero jak mąż, czy koleżanka zauważą, że dobrze wyglądam, to czuję się piękna. Gorzej jak nikt nie zauważy :P bo my kobiety przeglądamy się w oczach innych i chcemy być piękne dla samych siebie, ale koniecznie ktoś musi to dostrzec. Zadaniem kobiety jest też wnosić to piękno i dobro do świata. Wczoraj padło pytanie o to co mój negatywny komentarz wnosi dobrego? Otóż wnosi moją walkę (na miarę możliwości) o dobro, piękno i godność innych kobiet, o to by zła nie nazywać innym imieniem w ramach tonowania ostrych słów. Dlaczego? Bo to zło nie zniknie jak zamkniemy oczy. Kobieta bowiem jest kusząca, wrażliwa, czuła, ale bywa też zażarta i gwałtowna w walce o swoje przekonania.