03 lutego 2015

Małżeńskie zamyślenie cz.5 Uniesienia słusznego gniewu znad kosmetyczki

   Wczoraj cały dzień zastanawiałam się nad naszym prawem do sprzeciwu wobec czyjegoś obrażającego nas zachowania. Mam na myśli nas jako kobiety. Czy użycie jednego słowa (oczywiście bez wulgaryzmów), które jednoznacznie wyraża pogardę, niesmak i niepohamowaną niechęć do konkretnej osoby, a właściwie do jej zachowania i postawy życiowej jest dozwolone? Czy mamy potulnie zgadzać się na ostrą krytykę i w ramach chrześcijańskiej miłości pozwolić się obrażać? Jak daleko ma sięgać nasza miłość do ludzi? Gdzie zaczyna się nasze prawo jako kobiet do sprzeciwu bez posądzania o odzieranie krzywdziciela z godności? Gdzie jest granica tolerancji i akceptacji?

  Obudziłam się wczoraj rano i pomyślałam, że to będzie dobry dzień, pełen ważnych zadań do wykonania, pełen pozytywnych emocji, zwieńczający pewien etap, podzieliłam się też moimi (niestety negatywnymi) wrażeniami dotyczącymi historii pewnej publicznej osoby i... zostałam obrażona, bo nie mam prawa jako chrześcijanka do niepozytywnych słów na temat kogoś, kogo zachowanie i życiowa postawa mi jako kobiecie uwłacza. To trudne doświadczenie nauczyło mnie jednak, że nadal w naszym społeczeństwie są osoby, które godność i wartość kobiety widzą w kuchni i w (wyłącznie!) potulnym przyjmowaniu ostrych słów krytyki. Tymczasem JA każdą swoja komórką się z tym nie zgadzam, bo jako kobieta domagam się we wszystkim piękna. I chcę o to walczyć, nie mieczem, ale swoja postawą i słowami. To trudne również dlatego, że zawsze staram się dostrzegać we wszystkich ludziach głębszych przyczyn ich zachowania, więc mimo oburzenia jakie dość jasno wyraziłam, poczułam też współczucie (tak, współczucie dla kogoś kto mi uwłaczał!), bo ten ktoś żyje bez prawdziwej miłości i co więcej prawdopodobnie nigdy jej od nikogo nie doświadczył.

   A wracając do potrzeby dostrzegania piękna i dobra, a może do bycia pięknymi i dobrymi? W „Urzekającej” John pisze, że jeśli kobieta jest spokojna i wyciszona to staje się piękna dla mężczyzny, ale też całą sobą mówi że „wszystko będzie dobrze” i ów mężczyzna może spokojnie przy kobiecie wypocząć, aby kolejne bitwy codzienności mógł zwycięsko staczać. Ale kobieta też chce być piękna, chce by do niej powracano, żeby nie można się było doczekać spotkania z nią, chce by jej poświęcać czas i uwagę. Tak, to jedno z najgłębszych naszych pragnień i jeśli potrafimy się na tę prawdę otworzyć i ją przyjąć, to pozwoli nam to dostrzec, że my same nie jesteśmy dziwne w swoich zachowaniach, fochach, ale niejednokrotnie takie zachowanie wynika z niezaspokojenia tych właśnie potrzeb. 




Mój mąż jak rano staje przed lustrem, to dziwi się, ze codziennie jest coraz bardziej piękny i jemu to wystarcza. A ja patrząc w lustro stwierdzam, że makijaż dobrze wykonany, sińce i pryszcze dobrze ukryte, tusz się nie zgrudkował na rzęsach i ...dopiero jak mąż, czy koleżanka zauważą, że dobrze wyglądam, to czuję się piękna. Gorzej jak nikt nie zauważy :P bo my kobiety przeglądamy się w oczach innych i chcemy być piękne dla samych siebie, ale koniecznie ktoś musi to dostrzec. Zadaniem kobiety jest też wnosić to piękno i dobro do świata. Wczoraj padło pytanie o to co mój negatywny komentarz wnosi dobrego? Otóż wnosi moją walkę (na miarę możliwości) o dobro, piękno i godność innych kobiet, o to by zła nie nazywać innym imieniem w ramach tonowania ostrych słów. Dlaczego? Bo to zło nie zniknie jak zamkniemy oczy. Kobieta bowiem jest kusząca, wrażliwa, czuła, ale bywa też zażarta i gwałtowna w walce o swoje przekonania.




28 stycznia 2015

Małżeńskie zamyślenie cz.4 Przebudzenie śpiącej królewny

Miałam pisać kolejny post o realizowaniu celów, ale wciąż bardzo głęboko przeżywam moje niedawne odkrycie, a mianowicie, że JESTEM KOBIETĄ! Tak, wcześniej tego nie wiedziałam, wcześniej myślałam o sobie jako o dziewczynie, najpierw nastolatce, później w wieku późno-młodzieżowym ;) ale nigdy w kontekście dorosłej, dojrzałej kobiety. Niestety moja mama widziała we mnie zawsze dziecko, nie na zasadzie „ty zawsze będziesz moim dzieckiem” ale „ty jesteś dzieckiem i nie wiesz co dla ciebie dobre, nie mam do ciebie zaufania”. A tymczasem ja kończyłam studia, podejmowałam kolejne prace, angażowałam się w kolejne związki i nadal byłam Nie-kobietą. Takie życie to tylko dryfowanie, bo zostaliśmy, zostałyśmy...hmmm ja zostałam stworzona jako kobieta. Od początku, jeszcze przed narodzeniem byłam już kobietą, maleńką, ale kobietą w zamyśle Stwórcy


Jako kilkuletnia dziewczynka bawiłam się samochodzikami, tak(!) prawie jak chłopczyca. Prawie, bo pomiędzy włażeniem na pobliskie drzewa, a uciekaniem z przedszkola przez własnoręcznie zrobioną dziurę w płocie, urządzałam dla tych samochodzików... przyjęcia i herbatki :P to taki ukłon w stronę teorii gender. Lalek i misiów nie ubierałam w nic celowo, bo nie chciałam, żeby któremuś było przykro, że ma gorsze ubranko. Później w szkole przyszedł czas na strojenie się, makijaż i zdobywanie znajomych, bycie w „paczce”, potem wspaniały czas przyjaźni, dzielenia się dosłownie wszystkim i nauki czytania między wierszami z Beatą, no bo po co mówić skoro wiadomo o co chodzi! A ja wciąż nie wiedziałam, że jestem kobietą! Miałam poczucie, że może kiedyś będę, jak dorosnę, ale to jeszcze nie teraz, może za kilka lat. 

I tak te kilka lat minęło, aż tu nagle budzę się jak jakaś zakichana „śpiąca kralewna” i stwierdzam, że jestem kobietą ;) Że zawsze nią byłam, że absolutnie wszystkie moje decyzje, moje plany, moje dążenia, wątpliwości, kompleksy, niepewności wręcz krzyczą, że byłam i jestem kobietą. A tak naprawdę, to ktoś mnie odkrył, ktoś sprawił, że stałam się „babowata”. Ten ktoś uwolnił mnie z masek bezpieczeństwa, które pozwoliły mi się stać sobą naprawdę. „ Kobieta w obecności dobrego mężczyzny, prawdziwego mężczyzny uwielbia być kobietą. Jego siła pozwala aby, jej kobiece serce rozkwitało” to frg. z”Urzekającej”, o której wspominałam w poście Czy Shrek była kobietą? 
 
Do czasu mojego przebudzenia sama wojowałam z całym światem, z Nim odkryłam, że to On może wojować, bo jemu to lepiej wychodzi, jest po prostu do tego powołany z natury, a ja mogę Mu zaufać. Jedną z oznak mojego przebudzenia było stwierdzenie, że jest osobą, której można siebie powierzyć, tak całkiem, tak do końca, że już nie muszę wszystkiego kontrolować. To zaufanie sprawiło, że poczułam się wolna. Dlaczego? bo tylko człowiek wolny może kochać, tę wolność otrzymałam w prezencie o Tego Trzeciego, który nad nami czuwa. Dzięki temu mogłam sobie pozwolić na łzy, na chwile słabości, na snucie marzeń na głos z nadzieją na ich spełnienie, mogłam skupić się na relacjach z bliskimi i ustawieniu ich na właściwym miejscu, mogłam myśleć o własnej urodzie i nie mieć wyrzutów sumienia, że to próżność. A właśnie, wyrzuty sumienia, to też taka kobieca cecha, bo my ciągle jesteśmy „za mało” idealne, dobre, piękne, szczupłe i „za bardzo” skupione na drobiazgach, uparta, zabiegana, to też z „Urzekającej” Marta pięknie rozwija ten temat w swoim poście ;)

Ja jeszcze jednego doświadczam jako kobieta... mam intuicję! ale zanim odkryłam, że to dar, który trzeba pielęgnować i uważać, żeby nie pomylić czymś innym, to popełniłam kilka kolosalnych błędów. Jednak wychodzę, z założenia, że na błędach się człowiek uczy, więc staram się (za bardzo!) nie zrażać porażkami i odkrywać w sobie kobietę do końca (życia?) ;)


25 stycznia 2015

Małżeńskie zamyślenie cz.3 Czy Shrek była kobietą?

Od wielu dni czy wręcz tygodni zastanawiam się nad rolami jakie pełnię i nad tym od kogo się ich uczę, skąd czerpię informacje o mojej kobiecej tożsamości. Bo przecież tego też się uczymy. Część tylko otrzymujemy w puli genetycznej, a resztę wchłaniamy przez całe życie, dobierając wzorce, które nam bardziej odpowiadają i eliminując to czego nie chcemy u siebie pielęgnować. Zastanawiałaś się jakie kobiety Cię poprzedzały w rodzinie? Po kim odziedziczyłaś niektóre cechy? (Piszę to zwracając się do kobiet, ale czytający mężczyźni mogą zastanowić się skąd ich żony, matki, siostry są takie, a nie inne. To kolejna okazja do zbliżenia się do „tajemnicy kobiecości”) Bo żeby siebie pokochać i zaakceptować do końca, trzeba siebie poznać, swoją indywidualną psychologiczną sylwetkę jako kobiety. Niektóre z nas pochodzą z rodzin gdzie panował patriarchat i kobieta była mocno podporządkowana, z biegiem zmian społecznych zależność od męskiego rodu mogła zanikać, jednak postawa i potrzeba zależności gdzieś na dnie duszy się wciąż tli. (I do tego wątku za chwilę powrócę). Z kolei inne z nas ;) mają w rodzinie prawie same silne, niezależne kobiety, które od zawsze walczyły z całym światem i same musiały zapewnić byt i spokój swoim bliskim. Co jest dla Ciebie bliższe? Czy odnajdujesz się w którejś z tych postaw? Czy Twoja kobieca linia jest z jeszcze innego świata? Przedstawiałam dwie skrajności, a możliwości jest nieskończenie wiele ;) To wspaniale, bo każda z nas jest inna, jedyna, niepowtarzalna i każda ma szansę na kontynuację niesamowitej linii rodu kobiet z jakiej pochodzi, ale ma też szansę być TĄ, która coś zmieni na lepsze i udźwignie odpowiedzialność za kolejne pokolenia kobiet w rodzinie. 

 

W moim domu rodzinnym rządziła mama, bo taty nie było, tak mi się przynajmniej przez długi czas wydawało. A tak naprawdę to taty nie było, bo mama rządziła. Gra słów? Nie, to tylko smutna prawda. Wcześniej rządziła babcia, a jeszcze wcześniej prababcia... Tak, smutny kierat kobiet uwikłanych w małżeństwa, kierowane przez kobietę. Tylko o ile taką dzielność i odpowiedzialność można zrozumieć w pokoleniu kobiet żyjących w okresach wojny. O tyle teraz, to wydaje się nieuzasadnione. Taka niemożność rozstania się z władzą w rodzinie. Ale nie wszystkie kobiety u mnie taką postawę prezentowały, były też kobiety niezależne podróżujące po wojennej Europie i Azji, była też kobieta ślepo ufająca mężowi, który ją zawiódł, ale są też kobiety, które zdobyły samodzielnie zawód, pracowały, poczekały na swoją wielką prawdziwą miłość i pozwoliły aby ONA dalej je kształtowała i wiecie co? Jak się na takie kobiety (już niemłode przecież, bo po 70 r.ż.) spojrzy, to widać ciepło, miłość i spełnienie. Oraz... pogodne pogodzenie się z mijającym czasem. Mam nadzieję, że coś z takiej postawy też mam w genach, albo przynajmniej postaram się wypracować ;) Jednak to mojej mamie bezpośrednio zawdzięczam życie, dobre wychowanie, wiarę (choć może to ostatnie to raczej nie jej zasługa...), obycie z kulturą, zaufanie do ludzi i jeszcze kilka innych istotnych elementów stanowiących o mojej indywidualnej kobiecej tożsamości. Także mimo trudności i barier jakie powstały, a które nie pozwalają na dobre, piękne relacje na linii mataka-córka to czynię w jej stronę ukłon i mówię szczere: DZIĘKUJĘ!!! i KOCHAM CIĘ! I mówię to też symbolicznie do babci i prababci oraz do pozostałych kobiet mojego rodu. Przyjmuję wszystkie dobre cechy, którymi mogę się dzielić i które będę w sobie pomnażać, ale odrzucam to, co uważam za błędne, niewłaściwe, jeśli to posiadam już w swoich zasobach, to dołożę wszelkich starań, aby to zniwelować. Niemniej jednak DZIĘKUJĘ i cieszę się, że to Wy mnie poprzedzałyście i jestem z tego powodu dumna!



W poprzednim poście z serii zamyśleń pisałam o tym jak się odnajduję w roli żony i ten temat nie jest jeszcze wyczerpany, jednak dziś przechodzę do kolejnych ról jakie pełnię: córki i synowej. Z tego co piszę możecie się domyślać, iż pełnić rolę córki jest mi niezwykle trudno, bo wciąż dla matki pozostaję córką-dzieckiem a nie córką – dorosłą kobietą, żoną. Moja mama wybrała inną drogę i muszę to przyjąć, ale rola synowej pozwala mi też czerpać satysfakcję pośrednio jako dorosłej córce ;)

Tak, otrzymałam niesamowity dar wspaniałej teściowej, która potrafi uszanować inność, dorosłość, podzielić się swoimi kłopotami, przeżyciami. Potrafi też ucieszyć się mną!!! Opowiada w kółko o czasach swojej młodości i nie nadążam tego spisywać, aby moje (mam nadzieję przyszłe)dzieci wiedziały coś o swojej przeszłości. Bo nasza przeszłość to nie tylko czas liczony od narodzin, ale również minione pokolenia ludzi żyjących w różnych czasach, to całe bogactwo wiedzy i umiejętności, które otrzymujemy, lub musimy o tą wiedzę zawalczyć.

Podobnie jak rola żony, rola synowej jest dla mnie zupełnie nowa i nieco trudna, nauka mówienia „mamo” to jeszcze pół biedy, wystarczyło kilka tygodni, ale poczuć tą więź, prawdziwość tej relacji, to cudowne odkrycie, ponieważ, jak już pisałam wcześniej, rola dorosłej córki nie jest mi dana, realizuję się więc podwójnie jako córka-synowa. Bardzo się cieszę z nowej mamy, bo być może będę miała kiedyś córkę i chciałabym, żeby odziedziczyła czy nabyła cechy SUPERKOBIETY: ciepła, miłości i otwartości na ludzi jakie posiada moja teściowa :)


Na początku tego postu nakreśliłam dwa skrajne typy kobiet: całkowicie niezależną, dominującą i niepozwalającą odebrać sobie władzy w rodzinie oraz jej przeciwieństwo. Pochodzę z rodziny gdzie przeważał ten pierwszy typ, jednak dążę do czegoś innego. Jestem pewna, że tylko zaufanie mężowi, zgoda na przejęcie przez niego odpowiedzialności za nas może nam pomóc w uzyskaniu harmonii w związku. Kobieta ma służyć i być podporządkowana mężowi, ale nie na zasadzie ślepego poddaństwa, a wyłącznie w formie wspierania męża w decyzjach, bo to kobieta buduje wartość i poczucie odpowiedzialności w mężczyźnie. Kobieta może też to zniszczyć, tworząc z mężczyzny jedynie tragarza, bankomat, organizatora rozrywek itp. Ale czy kobieta prawdziwie kochając pozwoli na zniszczenie w ten sposób drugiego człowieka? Nie, bo miłość buduje, tworzy, tak jak kobieta kochana rozkwita, tak, mężczyzna doceniany, kochany staje się bardziej męski i odpowiedzialny. Kobieta powinna przyjmować, zapraszać, gościć, wzmacniać, podtrzymywać nie tylko życie w sobie, ale w całym świecie w jakim funkcjonuje. W niezwykłej książce J.i S. Eldrege „Urzekająca” autorka pisze: „Prawdziwa kobiecość pobudza prawdziwą męskość”, to mężczyzna ma być bohaterem i walczyć w obronie swojej Pięknej,a nie odwrotnie. W której bajce to księżniczka jedzie na koniu w ciężkiej zbroi żeby walczyć ze smokiem i uwolnić swojego Królewicza? Nawet „Shrek” jest facetem ;) Także drogie kobietki, pozwólmy naszym mężczyznom się wykazać i decydować, owszem ważne decyzje powinny być podejmowane po wspólnym rozważeniu, ale niech Oni wiedzą, że my im ufamy.




22 stycznia 2015

Sfery życia w jakich funkcjonuję - czy mamy prawo narzekać? (...i dlaczego nie?)

Niedawno pisałam o realizowaniu celów, zarówno tych krótkoterminowych jak i tych z dłuższym czasem realizacji. Dzisiaj trochę się cofniemy, zastanowimy się nad naszym życiem, czy wszystko działa jak powinno, czy jak byśmy chcieli, czy nad czymś powinniśmy popracować. Bardzo bym chciała, aby po przeczytaniu tego postu, każda/y z was odczuł konieczność zweryfikowania celów jakie zapisaliście kilka dni temu (bo przecież każdy z was to zrobił, prawda? :)
Nasze życie można podzielić na kilka obszarów.
  1. Moje zdrowie i sprawność fizyczna.
  2. Moja rodzina i przyjaciele.
  3. Mój partner/ małżonek.
  4. Otoczenie, w którym żyję
  5. Moje finanse.
  6. Moja kariera zawodowa.
  7. Mój rozwój osobisty.
  8. Mój czas wolny.
Zapraszam Cię teraz do narysowania na kartce wielkości A4 koła, i podzielenia go na 8 części, albo do podzielenia po prostu całej tej kartki, zależy czy lubisz dużo pisać wokół głównego hasła ;) Teraz jak już masz 8 mniej więcej równych części prostokąta lub koła, to przypisz każdej z nich jedna sferę swojego życia. Podobnie jak na zdjęciach:























Następnie zaznacz w ilu procentach jesteś zadowolona/y z poszczególnych sfer. Zakładamy, że każdy „trójkąt” to 100%, jak na poniższym przykładzie:



Pierwsze 3 sfery są jasne, natomiast jeśli chodzi o 4, czyli otoczenie, to może do tego zaliczać się to gdzie mieszkasz, czy czujesz się czysto, bezpiecznie, nawet to czy jesteś zadowolona/y z fotela, krzesła, kanapy na których siedzisz, czy masz tapety, a przydałoby się położyć gładzie i pomalować czy odwrotnie. 
 Czy mieszkasz z rodzicami, sam, z teściami... Tu wrzucamy wszystko to co decyduje o Twoim komforcie życia.
Sfery finansów i kariery nie łączymy celowo, ponieważ są osoby, które robią zawrotną karierę, ale tak gospodarują środkami finansowymi, że nie starcza „do pierwszego”. Ale są też osoby, z niewielkimi dochodami, które jednak są zadowolone z życia, z pracy, albo też dzięki spadkowi, dobrym inwestycjom, 
czy zamożności współmałżonka nie mają potrzeby tzw. „robienia” kariery i żyją na wystarczającym poziomie.
Do sfery rozwoju osobistego zaliczamy szkołę, studia, ważne dla nas kursy (nie zawsze związane z pracą), literaturę czy prasę, którą czytamy, ale do tego obszaru również wchodzi nasz rozwój duchowy, poznawanie siebie, przekraczanie siebie, przełamywanie swoich wewnętrznych barier.



Do graficznego przedstawienia sfer życia koniecznie użyj mazaków albo kredek, abyś dobrze widział/a obszary z których jesteś zadowolony/a i te nad którymi chcesz popracować. Kolory są potrzebne, bo dla ponad 70% ludzi wzrok jest wiodącym kanałem modalnym, czyli głównym, najłatwiej przyswajalnym źródłem informacji 
o świecie. Jak już zaznaczysz kolorami sfery i dopiszesz % zadowolenia, to otwórz swój zeszyt do realizacji celów (pisałam o nim w poście Cele jakie stawia przed nami życie - jak je osiągnąć?), albo weź kolejną czystą kartkę i zapisz swoje refleksje na temat tego co widzisz. Ale uwaga! Opisz to nie myśląc że autorem rysunku jesteś Ty, tylko ktoś inny. Np: „Z tego co widzę wnioskuję, że osoba ta ma dobrą pracę, bo robi karierę ale nie ma czasu wolnego. Ważna jest dla niego żona ale nie jest zadowolony z rozwoju osobistego....”  

Aby łatwiej było nam analizować nasze bohomazy uporządkujmy je w formę odpowiedzi na pytania:
- co widzisz? Co jest najważniejsze dla autora grafiki? Z jakiego obszaru jest najbardziej zadowolony a z jakiego najmniej? Jak myślisz dlaczego? (i tu możemy puścić wodze fantazji
i coś pozmyślać :P ) Jeśli miałbyś temu komuś coś doradzić w sprawie poprawy zadowolenia
z życia, to od czego według Ciebie należałoby zacząć? Zapisz wszystko, nawet najbardziej absurdalne odpowiedzi.


Teraz wracamy w analizie naszego życia do myślenia o nas samych. Czy graficzny obraz sfer życia współgra z wartościami, jakie wyznajemy? Czy jest coś co jest sprzeczne? Czy wszystko się zgadza? Które z obszarów są wzajemnie powiązane? Które bezpośrednio wpływają na siebie? Który obszar wpływa w znaczącym stopniu na pozostałe? Czy to finanse, rozwój osobisty, wiara, relacja z małżonkiem, czy jeszcze inny? ZAPISZ TO i przeczytaj na głos! Tak, przeczytaj, niech Twój mózg nie tylko widzi to, ale również usłyszy. Co teraz czujesz? Jakie emocje Ci towarzyszą?

Pamiętam, że jak pierwszy raz rysowałam Koło życia, to poczułam niepokój, że coś jest nie tak, że mimo wysiłku i starań nie panuję nad wieloma obszarami życia. Brak stabilności i poczucia bezpieczeństwa w związku z tym odkryciem towarzyszył mi jeszcze potem przez jakiś czas. Jednak po kilku tygodniach pracy nad realizacją celów, nad współgraniem sfer życia, powrócił spokój i zadowolenie z tego co osiągam, co naprawiam w sobie.



Teraz proszę o zastanowienia się nad tym, który obszar jest najsłabszy u Ciebie, nad czym popracujesz na początek, aby reszta obszarów też zaczęła sprawiać Ci więcej satysfakcji. Jak myślisz co poczujesz jak to osiągniesz? Jakie emocje wtedy będą Ci towarzyszyły? 

ZAPISZ to i przeczytaj!

A więc do dzieła: zapisujemy pierwsze 3 czynności, które musimy w tym tygodniu wykonać, aby zwiększyć poziom zadowolenia z kluczowego obszaru! No tak, teraz a nie za tydzień czy miesiąc lub „kiedyś tam”. Bo jeśli zmierzasz „dokądkolwiek”, to dotrzesz do „gdziekolwiek” „kiedyś tam”. A przecież jesteśmy powołani do szczęścia, do realizacji siebie, do miłości siebie. Jeżeli kochamy siebie, to będziemy dążyć do szczęścia i zadowolenia
z każdego obszaru naszego życia!!!


Cieszę się, że nam się udało (tak, ja też to ćwiczenie wykonuje dla siebie!) odpowiedzialnie podejść do naszego życia. Bo jeśli nie pracujemy nad sobą nad naszym szczęściem, to jakim prawem później narzekamy, skoro nic nie robimy aby to zmienić? W kolejnych postach wciąż będziemy się skupiać nad celami, planowaniem i sferami życia. Zapraszam ;)

18 stycznia 2015

Małżeńskie zamyślenie cz.2 Frustracje młodej mężatki przy prasowaniu

    Zagubienie siebie w natłoku zdarzeń, to chyba dość częste dla współczesnych kobiet. Tempo życia jest nieraz tak zawrotne, że nieraz musimy przystanąć, aby odpocząć i zastanowić się gdzie ja jestem i co dalej. Nieważne, że mamy jasno obrany cel i na nim się skupiamy, to dążenie i realizacja tego celu może nas przytłoczyć albo wręcz przerosnąć. Współczesna kobieta podejmuje się wielu ról życiowych i dobrze, bo jest do tego przygotowywana od dziecka, potrafi fantastycznie ogarnąć wiele problemów naraz i rozwiązać dylematy dnia codziennego ponieważ od zawsze funkcjonuje wielopłaszczyznowo. Mężczyźnie jest nieco (!!!) trudniej, choć też jednocześnie pełni kilka ról społecznych. Jednak aby dobrze wykonać określone zadanie i być z tego zadowolonym musi poświęcić 100% swojej uwagi i zostaje mu 0% na inne czynności. Jest to dla nas kobiet nie doogarnięcia, ale jedyne co nam pozostaje to zaakceptować i pokochać ;) Mężczyzna jak wstaje i myje zęby to może myśleć tylko o tym czy starczy dla niego pasty do zębów. A kobieta widząc końcówkę pasty w tubce od razu przełącza się na tryb „jak temu zaradzić” i kombinuje kiedy i gdzie najlepiej dokonać zakupu i co jeszcze wtedy trzeba uzupełnić w domowych zapasach, a przy okazji to co zrobić na śniadanie i obiad, a skoro już przy obiedzie to czego brakuje i kiedy to dokupić najlepiej i dalej skoro już mowa o obiedzie, to czy sprzątanie zrobić przed gotowaniem ziemniaków, czy w trakcie i ciekawe czy pranie do tego czasu już wyschnie i będzie można zebrać. A skoro już przy praniu jestem, to u teściów trzeba coś z suszarką zrobić, może kupić nową a może da się naprawić, trzeba zadzwonić do ... i coś ustalić i koniecznie dziś lub jutro do południa, bo... i możemy tak długo wymieniać a wszystko to podczas jednego mycia zębów! Z takim natłokiem myślowym funkcjonujemy codziennie. Czy to dobrze czy niekoniecznie, to sprawa otwarta i indywidualna, także nie będę tego oceniać ;)

Zapraszam Cię teraz do zastanowienia się jakie role życiowe Ty już pełnisz, czy się przygotowujesz ? Ja u siebie znalazłam rolę przede wszystkim żony, córki, synowej, przyjaciółki-koleżanki, jednoosobowej grupy wsparcia dla dalszych znajomych, którzy dzwonią tylko jak przydarzy się jakiś problem. Rolę żony pełnię od niedawna i wciąż się jej uczę. Czy być niezależną kobietą wolną tylko zaobrączkowaną? Czy tak powinno być? Czy być podporządkowaną kurą domową, która świata poza mężem i mieszkaniem nie widzi? Czy może coś pośredniego? Jak Ty uważasz? A może to w ogóle nie o to chodzi? 



  Kiedy sprzątam, czy gotuję nie myślę o tym, że jestem uciśniona, biedna w domowym kieracie, tylko żeby w domu było domowo i przyjemnie a obiad smakował, jak mąż wróci z pracy.  Może to dlatego też, że lubię gotować, tworzyć coś z niczego i czuć jak cudowne aromaty rozchodzą się po mieszkaniu. Lubię też organizować wokół siebie ład i porządek. Jak włączam pragnienie, to chcę żebyśmy chodzili czystych i pachnących ubraniach, a nie narzekam na to, że nikt tego nie zrobił za mnie. Kiedy zabieram się za prasowanie...hmmm z tym to jest nieco gorzej. I nie dlatego, że nie lubię prasować, wręcz przeciwnie, dużą radość sprawia mi prasowanie koszul mężowi, jednak żelazko bardzo mnie frustruje, tak żelazko, a nie prasowanie :) na szczęście mąż pospieszył ostatnio na ratunek i dokonaliśmy zdumiewającego technologicznego odkrycia, które ma zaradzić mojej irytacji! Dlatego właśnie warto czasem zagonić mężczyzn do prac domowych, bo nawet do prozaicznego prasowania potrzebują instrukcji obsługi urządzenia. 
 
Dlaczego jako żona wykonuję większość rzeczy w domu i nie oczekuję wyręczenia, bo to takie nowoczesne? Bo modne są związki partnerskie, gdzie równo się dzielimy obowiązkami? Bo kocham i nie oczekuję podziękowań za uczucie, a jak kocham to uczę się służyć. I nie mam na myśli podejścia wielu mężczyzn „służka- wyłaź spod łóżka”, mam na myśli robienie i wykonywanie czynności domowych z myślą, żaby Jemu było lepiej, żeby nie musiał się martwić, żeby wiedział, że coś zostało zdjęte z jego poczucia odpowiedzialności. Tak, bo to mężczyźni są odpowiedzialni za cały dom i za wspólne życie :) I chwała im za to! Możemy w sprytny sposób przekazać, delegować jakieś obowiązki, bo akurat łatwiej będzie nam ogarnąć resztę jeśli się podzielimy, ale nie strzelajmy focha, bo coś jest nie zrobione, a przecież widać... No stoi pranie na suszarce od 4 dni i On nie widzi, no przecież samo się nie zbierze i nie wejdzie do szafy, Jemu nie przeszkadza mimo, kilka razy dziennie musi tą pełną suszarkę przestawić, żeby przejść przez nasze minimieszkanko ;) Ech... Pamiętam, że zapytałam czy mógłby mi pomóc i złożyć ten jakże niezbędny sprzęt domowy, uprzednio chowając ubrania do szafki. I tu nie było problemu, jak zwykle zresztą. Wystarczyło tylko powiedzieć ;) Także nie róbmy z siebie męczennic, które muszą same wszystko w domu zrobić, a jak mężczyzna czegoś nie potrafi, to... się nauczy! Na wszystko jest potrzebny czas i rozmowa, rozmowa, i jeszcze raz MIŁOŚĆ.

Constanza Miriano  w książce "Wyjdź za mąż i poddaj się. Ekstremalne przezycia dla nieustraszonych kobiet" genialnie opisuje przemianę jaką muszą dokonać małżonkowie ryzykujący wspólne życie. Proces wychodzenia z domu i wrastania w nowe role, nowe pozycje. Nie narzekajmy na to, że dla rodziców, babć, rodzeństwa czy niektórych bliskich osób zostaniemy małymi dziećmi, którymi trzeba kierować, które należy tresować. Po ślubie trzeba odrzucić taką uniżoną postawę, wyprostować się i zacząć żyć własnym życiem. Nawet czasowo całkowicie się odcinając od bliskich, którzy nie akceptują nas, naszego małżeństwa, naszego dorastania. To podobno dojrzałość. 
 
Na dziś to tyle w kolejnych postach zatrzymam się nad kolejnymi rolami jakie pełnię i co ostatnio odkryłam :)


15 stycznia 2015

Codzienne okruchy szczęścia zamknięte w słoiku



Taka chciałbym być szczęśliwa”, „Jak skończę pisać pracę, jak się obronię, jak już wyjdę z pracy jestem/będę szczęśliwa, szczęśliwy”, „Jak zdobędę wymarzoną pracę, zgromadzę określoną kwotę, pojadę na Karaiby to będę szczęśliwy” 

Często nasze myśli krążą wokół podobnych sformułowań. Będę, chciałabym/chciałbym być szczęśliwy. Czy jednak nasze poczucie szczęścia naprawdę zależy od tego ile mamy, gdzie pojedziemy, czy zostaniemy zauważeniu przez takie czy inne osoby? Czy tak powinno być? Otóż nie, na nasze poczucie szczęścia nie powinno być uzależnione od naszych zasobów. Poza tym szczęście to nie stan permanentny, stały, to drobne chwile, które składają się na całość, na to, że z mniejszej lub większej perspektywy czasu możemy potwierdzić, tak jestem szczęśliwy. Ewa pisze o stanie umysłu i dzieli szczęście na koraliki emocji ;)


Czym w ogóle jest szczęście? Czym można go dotknąć? Czego dotyczy? Skąd się bierze i od czego jest zależne? Dla jednych jest błogostanem i beztroska, dla mnie jest poczuciem, że jest dobrze, że jest tak jak ma być. Może być trudno, ciężko, ale jednak poczucie ogólnego stanu szczęścia wciąż tkwi we mnie głęboko zakorzenione. Przycupnęło na balkonie i tkwi z roześmianymi wielkimi oczami i ogromnym, bezczelnym uśmiechem bez względu na pogodę, na przeciwności i bez względu na moje humory! Dlaczego trwa mimo owych trudności? Ano dlatego, ze wiem, iż moje życie płynie we właściwym kierunku. Choć autostrada zwija się spiralnie wokół stromego zbocza góry, którą musi przemierzyć by poprowadzić dalej, choć nieraz gwałtownie opada w dół przytłaczając strachem i niepewnością, to JESTEM PEWNA,
że jest tak jak być powinno. A wzniesienia i doliny są miernikiem szczęścia, swoistym punktem odniesienia.


 Codziennie mamy szansę na bycie szczęśliwym, radosnym, to od nas zależy
Zdarza się, że budzę się i od rana nie wiem za co się zabrać, co jest ważniejsze, czemu tak ciemno,
a w ogóle to czemu nie mam jeszcze zaparzonej kawy? I już małymi krokami wchodzi kiepski humor, brak optymizmu, które jak samospełniająca się przepowiednia ściągają negatywne myśli, a one negatywne zdarzenia. Tymczasem wystarczy zwyczajnie ucieszyć się z poranka nawet pochmurnego czy deszczowego. Dlaczego? Bo stwarza szansę na radość z kolejnego kubka aromatycznej kawy, z kawałka ciasta do tej kawy, szansę na tęsknotę za ciepłym domem przez cały dzień pracy i daje okazję do spędzenia wieczoru przy świeczkach i pysznej herbacie. Nie wspominając, że w taki dzień możemy cieszyć się czytaniem wieczorem ulubionej książki czy oglądaniem filmu. W trudne dni większą radość czujemy mogąc porozmawiać z ważną osobą, przy kieliszku wina podzielić się dobrymi i złymi doświadczeniami ostatnich dni. O Radości spotkania pisałam wcześniej, zapraszam, można sobie przypomnieć :)

Cieszmy się na co dzień małymi okruchami szczęścia, drobiazgami, które będą budować nasze poczucie dobrego dnia, bo to od nas zależy jaki będzie dzień i jak go wykorzystamy. Jeśli będziemy widzieć dobre rzeczy, to dzień choćby nie wiem jak trudny i ciężki, będzie też dobry i pozytywnie nas nastawi na kolejne dni. Uwielbiam po ciężkim dniu zapalić w łazience świece i zanurzyć się w gorącej kąpieli przy spokojnej muzyce czy filmie. Potem zaparzyć dzbanek herbaty z imbirem, pomarańczą i sokiem malinowym i przy ciepłym blasku świec na parapecie i stole porozmawiać o minionym dniu, wtedy wszystkie problemy nabierają innej barwy, bo moje spojrzenie zmienia perspektywę i zaczynam dostrzegać nowe możliwości, nowe rozwiązania.


Kilka dni temu dołączyliśmy z mężem do osób posiadających słoik... szczęścia ;) Tu można poczytać Codziennie lub co drugi dzień wpisujemy jakiś moment z dnia, który sprawił, że dobrze się poczuliśmy, że dało nam to poczucie radości i szczęścia. Założenie jest takie, że nawet jeśli będzie za nami dzień bardzo ciężki, zły, dzień, który wręcz przytłoczył nas trudnościami, to zawsze jest szansa, żeby pod koniec dnia dostrzec choćby mały okruszek dający radość. Tak szczęście można osiągnąć, można je też nauczyć się dostrzegaćhttp://www.deon.pl/inteligentne-zycie/poradnia/art,158,oto-cala-tajemnica-szczescia.html


Pamiętajmy, że nasze poczucie bycia szczęśliwymi zależy przede wszystkim od nas samych.



12 stycznia 2015

Cele jakie stawia przed nami życie - jak je osiągać?



Witajcie, dziś postanowiłam zatrzymać się nad realizowaniem naszych marzeń, pragnień czy prozaicznie celów na czas bliższy lub dalszy. W końcu mamy początek Nowego Roku, kolejną szansę na zmianę w naszym, życiu. Realizowanie naszych marzeń to też sposób na okazanie miłości sobie, bo jesteśmy ważni
i dobrzy! Bo do tego jesteśmy powołani jako ludzie myślacy i dojrzali! Czasem mam tak, że coś sobie zaplanuję, wiem, że rezultat będzie czy powinien być dobry, piękny, natomiast realizacja zamierzeń to już inna sprawa. Niby potrafię zaplanować swoje działania jednak po drodze często skupiam się na innych sprawach, mniej lub bardziej istotnych. Po prostu moja uwaga zostaje rozproszona i z pierwotnych planów realizuję tylko jakiś marny ich procent zamiast całości.
W kolejnych postach z lifecoachingu będziemy zastanawiać się nad własnym życiem, nad jego podziałem na sfery i nad stopniem naszego zadowolenia ze stanu aktualnego i możliwościach zmiany. Dzisiaj przedstawię mój sposób na realizację celów. Można to wykorzystać przy skupieniu się na 1 lub 2 miesiącach, a można rozplanować tak cały rok. 3 lata temu spróbowałam tego sposobu i zadziałało. Z 10 punktów, których realizację zaplanowałam na 8 miesięcy, w ciągu niecałych 3 miesięcy zamknęłam 8! Czyli zrealizowałam 8 z 10 już po 1/4 czasu jaki sobie dałam.To niesamowite jak bardzo można się skupić na osiąganiu celów, bez większego wysiłku!



Jeśli też chcesz spróbować, to poniżej przedstawiam zasady i zapraszam do systematycznej pracy:
I Po pierwsze
1. Zastanów się czy naprawdę tego chcesz, potrzebujesz?
2. Określ kiedy dokładnie chcesz to osiągnąć.
3. Zapisz ten cel na kartce, w kalendarzu, w zeszycie.... ZAPISZ!
4. Określ jakie możesz napotkać przeszkody i jak je pokonać.
5. ZAPISZ TO!
6. Określ swoje mocne strony, które pomogą Ci w realizacji celu, ZAPISZ i .....


przyklej w miejscu na które często spoglądasz. Niech na tej kartce będzie napisany również cel jaki sobie postawiłeś.
II Po drugie:
  1. Określ 10 celów, zadań
  2. Określ czas ich realizacji
  3. Pamiętaj by cele i czas były zapisane jako już dokonane np. Jest 10 maja i siedzę w samochodzie po zdanym egzaminie na prawo jazdy.
  4. Napisz jakie towarzyszą Ci uczucia. Np:
Jest 10 maja i siedzę w samochodzie po zdanym egzaminie na prawo jazdy. Jestem szczęśliwa i dumna, spełniona i doceniona!
I w ten sposób zapisz 10 Twoich celów.



Teraz najważniejsze!!! przez 60 dni codziennie poświęć 5 min na przepisanie tych celów. Nie musi być z pamięci, wystarczy zwyczajnie przepisać.



Co może pomóc? Kalendarz książkowy, taki rodzaj organizera, albo gruby zeszyt, ważne by móc często powracać do wizualnego czy graficznego (jeśli taki sobie zrobisz!) zapisu celu i móc go przeczytać, czyli kolejny raz wtłoczyć do naszego mózgu, jako coś ważnego. Zam też osobę, która codziennie zamiast zapisywać w zeszycie, zapisuje cele na żółtych karteczkach i przykleja na lodówkę, albo na szafki w kuchni, dlaczego? bo lubi tam spędzać wolny czas. Ja takie żółte karteczki przyklejam do dużego kalendarza. I proszę nie mów, że ja się do tego nie nadaję, że ja tak nie potrafię, bo … nie mam zeszytu. Jeśli taka jest Twoja postawa, to nie tyle nie masz zeszytu, ale brakuje Ci chęci i prawdziwej potrzeby! Zatem do dzieła!



Za kilka dni podzielę się moimi postępami w tegorocznej realizacji moich celów i zastanowimy się nad sferami naszego życia.
Do zobaczenia!

09 stycznia 2015

(Za)gruba akceptacja siebie


Ostatnio dość popularne jest dzielenie się informacjami jak to super ekstra spędzamy czas na joggingach, siłowniach, solariach. Jak wspaniale troszczymy się o siebie, próbujemy nowe drogie kosmetyki, nowe diety.
A wszystko po to by, dobrze się czuć, bo dobrze się wygląda. Problem polega na tym, że tak rozpoczyna się niebezpieczna spirala, wartościujemy siebie poprzez własny wizerunek. Tego wymaga od nas rzeczywistość, świat,
w którym żyjemy, tymczasem u podłoża takiego błędnego myślenia leży brak akceptacji i miłości do siebie, głęboko skrywane kompleksy czy zapomniane zranienia. Zranienia poprzez np. złe sowa słyszane od rodziców czy innych bliskich nam ludzi. Zranienia przez odrzucenie w szkole i brak pomocy i wsparcia dorosłych. Takie rzeczy odbijają się na późniejszej dorosłości. A wracając do akceptacji Marta trafnie zauważyła „funkcjonujemy całościowo”. Zaakceptujmy siebie, bo każdy z nas jest dobry! Mamy krzywy nos, zeza, nadwagę, czy wyglądamy jak wieszak...
ale cóż z tego skoro każdy jest dobry i piękny!
Czy to próżność? Czy nasze chrześcijańsko-(niemal)purytańskie podejście nie narzuca nam, że to złe chcieć się doskonalić również w wyglądzie zewnętrznym? Choćby właśnie poprawiając swoją urodę. Otóż nie! Mamy za zadanie dbać o siebie, o swoje ciało i duszę, czyli malując się, chodząc do fryzjera, biegając czy stosując dietę nie możemy zapomnieć o rozwoju poprzez czytanie, film, teatr, podróże, poznawanie nowych ludzi, udział w ciekawych prelekcjach itp. Co Ty robisz, aby rozwijać siebie?
JA właśnie zaczynam walkę o zdrowie i wagę. Nie chodzi o błędne podejście do wagi i odchudzanie się „z kości na ości” jak to jest dziś w modzie. Tu chodzi o moje zdrowie o sprawność kręgosłupa i kolan, aby móc chodzić po górach czy na dłuższe, piesze wycieczki i aby normalnie funkcjonować. Oprócz diety, codzienne ćwiczenia w domu i wyjście na dłuższy spacer. Nie mam wagi, ale pomiary będę robić centymetrem co tydzień i zobaczymy jaki będzie rezultat. Poniżej zdjęcie sprzed około 1,5 miesiąca.


1stycznia dokonałam mierzenia, dziś o 3 cm mniej, ale to może być mylne, bo np. utrata wody może powodować zmniejszenie tu i ówdzie obwodów ;)
Na zakończenie chcę się jeszcze podzielić wrażeniami po wczorajszym spacerze. Spacer...to może być mylące dla niektórych. O 17.00 wyruszyliśmy z kijkami trekingowymi, ciepło ubrani na 10,5 km wędrówkę za miasto koło poligonu. Niby nic, ale przez 3/4 drogi nie ma oświetlenia lamp miejskich i dodatkowo cały czas towarzyszył nam silny wiatr (ok30km/h). Ach, cudowne uczucie wspólnego zmęczenia!


08 stycznia 2015

Małżeńskie zamyślenie cz.1

Zastanawiam się nad naszym małżeństwem, nad naszą relacją, kim dla siebie jesteśmy? Kiedy jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, wspierającymi się w trudnych chwilach, spędzających razem czas po pracy? Kiedy budzi się w nas napięcie i relacja nabiera erotycznych rumieńców? :) Kiedy czujemy, że się kisimy w domu to
z GPSem i kijkami w rekach maszerujemy kilka km żeby odetchnąć, że by nabrać dystansu i uspokoić irytację niewielką powierzchnią życiową.

 
Jedno jest pewne, dzielimy ze sobą życie łącząc i przeplatając czas spędzony razem i osobno, starając się wzajemnie sobie służyć. Co jest o tyle trudne, że nasze ludzkie egoistyczne pragnienia czasem biorą górę, czasem odzywają się skrywane kompleksy i dochodzi do wielkich sporów o maleńkie rzeczy, jak na przykład znaczenie słowa „nic”. Każdy z nas wychodzi z domu rodzinnego z przyzwyczajeniami, uogólnieniami
i odrębnym słownictwem, swoistym kodem, który rozumie tylko dana rodzina, a tymczasem dla nowego członka tejże rodziny ten kod nie tylko jest abstrakcją, ale też wprowadza niepokój i zamęt, bo u niego ten konkretny znak, słowo oznaczało coś innego. Wniosek może być tylko jeden TRZEBA ROZMAWIAĆ,
w atmosferze wzajemnego szacunku i zaufania, cierpliwie wysłuchując drugiej osoby, ale też dokonując ogromnego wysiłku jakim może być otwarcie się i powiedzenie o swoich słabościach. Takie kolejne pozbycie się masek, jeszcze bliższe spotkanie dwóch duszy, istot z innych planet. Nigdy się nawzajem nie zrozumiemy do końca, bo każdy z nas patrzy na drugiego przez pryzmat swojej płci i swoich wcześniejszych doświadczeń i absolutnie nic tego nie zmieni.
Jednak możemy się siebie nauczyć i wciąż siebie poznawać, a nie mogąc do końca zrozumieć, trzeba zaakceptować i pokochać! 


W filmie Fireproof jeden z bohaterów mówi, że z poznawaniem kobiety jest jak z dyplomami, tytułami naukowymi. Podczas ślubu jest to poziom powiedzmy matury, później należy się „tylko” wciąż starać, aby zdobyć licencjat, magisterkę, doktorat itd. Myślę,że to dotyczy nie tylko poznawania kobiety, ale po prostu wzajemnego poznawania współmałżonka przez całe życie. Jak często we współczesnych związkach wzajemne poznawanie kończy się wraz z wypowiadaniem przysięgi małżeńskiej, albo wraz z wcześniejszym zamieszkaniem. Prowadzi to tyko do ciągłej frustracji, leku i strachu i kilku innych emocji o negatywnym zabarwieniu, tymczasem trzeba zachować do końca życia tą otwartość na inność drugiej osoby
i entuzjazm odkrywania jaka towarzyszyła pierwszym miesiącom znajomości. Pytanie jak to zrobić?

W kolejnych postach zatrzymam się pewnie dłużej nad odpowiedzią na to pytanie, nad tematem szybkiego wspólnego zamieszkania, nad wzajemnym porozumieniem czy nad sztuką służby w relacji. Na dziś to tyle, pozdrawiam i życzę wspaniałego dnia ;)


07 stycznia 2015

Radość ze spotkania


Nasze zadanie kochania siebie, bliźnich i nieprzyjaciół sprowadza się do budowania relacji z ludźmi. Oczywiście na wzór boskiego ideału, jednak jako zwykli śmiertelnicy możemy mieć z tym trudności. Czy chodzi tylko o powierzchowny kontakt potrzebny do codziennego funkcjonowania? Czy do budowania dobrych relacji wystarczy codziennie zadać kilka zdawkowych pytań, na których wysłuchanie odpowiedzi już nie mamy czasu czy nawet ochoty? Czy po wielu kursach komunikacji i aktywnego słuchania mamy już tylko parafrazować rozmówcę i być dumni i bladzi, że prowadzimy długą konwersację? Cały problem polega na tym, że teraz nasi znajomi sąsiedzi, czy nawet O ZGROZO! Krewni nas naprawdę nie znają, nie wiedzą co nam w duszy gra, o czym naprawdę marzymy, co dla nas ważne, jak przeżywamy problemy i codzienne radości. Moja ulubiona SUPERBOHATERKA Ania z Zielonego Wzgórza wszędzie szukała „pokrewnej duszy”, w każdym nowo poznanym człowieku szukała pokrewnej duszy, szukała kogoś z kim znajdzie wspólny język, nie było tych osób za dużo, ale wciąż każdego traktowała tak samo, otwierała się i czekała aż ktoś po drugiej stronie też odsłoni przed nią swoje prawdziwe oblicze.


Dla mnie też drugi człowiek jest niezwykle ważny, odkrywanie jaki ten ktoś jest, co go ciekawi, co smuci, jakie ma tajemnice, jaką przeszłość i jak sobie z nią poradził... To jest fascynujące! Uwielbiam usiąść czasem w kawiarni przy ruchliwej ulicy i obserwować przechodniów, widać wtedy całe wachlarze osobowości, emocji. Żałuję że nie można podjeść do tych ludzi zapytać się kim naprawdę są. Hmm... przesadziłam, nie żałuję ale raz na jakiś czas dostrzegam kogoś kogo chętnie poznałabym bliżej, bo coś mnie ujęło w tej postaci.
Na co dzień w całym zabieganiu brakuje czasu by ucieszyć się drugim człowiekiem, spotkaniem z nim, tym, że nas wpuścił do swojego świata i opowiedział o aktualnych sprawach, którymi żyje. Dobrze też czasem wpuścić przyjaciela do mojego/naszego świata i podzielić się radościami, bo pozytywne emocje jeśli się nimi z kimś podzielimy to mają tę niezwykłą właściwość, że się mnożą, a w zasadzie po prostu zostają
z nami na dłużej co nas uszczęśliwia. A przecież każdy z nas chce być szczęśliwy.

 
Zapraszam Cię teraz, abyś usiadł czy usiadła przy kubku dobrej herbaty lub kawy i zastanowił/a się nad tym jakie są Twoje relacje. Ilu masz dobrych, bliskich znajomych, przyjaciół? I proszę zrób to bez pomocy facebooka, twitera czy naszej klasy. Chodzi o osoby, z którymi się często widujesz, z którymi rozmawiasz, które chciałbyś widzieć zaraz po przeżyciu jakieś trudności, aby z nim/nią się tym podzielić. Czy te relacje polegają na Twojej aktywności i czerpaniu z tego jak najwięcej, czy tylko Ty opowiadasz co się działo? Jak reagujesz na czyjeś sprawy, problemy? Czy te wiadomości przelatują koło Twoich uszu
i czekasz aż ktoś skończy opowiadać, abyś znowu Ty mógł mówić o sobie? Ja wprawdzie nie łapię się na tym, ale zdarza się, że jak ktoś coś opowiada to ja już spieszę z dobrą radą co w danej sytuacji należałoby zrobić. Już na końcu języka mam kilka rozwiązań... A tymczasem trzeba poczekać, wysłuchać, dopytać czy dobrze zrozumieliśmy, dać do zrozumienia jak ważne są dla nas słowa i emocje przyjaciela.
A dlaczego? Bo kochamy! Tak uczucie przyjaźni, więź koleżeńska to też miłość. A jeśli kochamy to skupiamy się na drugim człowieku zapominając o sobie, bo nasze poczucie szczęścia samo się buduje poprzez wspieranie tych których kochamy.